rageman.pl
Muzyka

Rickie Lee Jones – Flying Cowboys

rok wydania: 1989

wydawca: Geffen

 

az 5 lat kazala Pani Jones czekac na swoj kolejny album. i sluchajac efektu finalnego nalezy uznac, ze dobrze sie stalo.

przede wszystkim – jest pozytywniej. byc moze podzialala Nowa Milosc zapoznana we Francji, ktora takze pomagala wspoltworzyc nowy material, moze kontrakt z nowym labelem tez dal mobilizujacego kopa. w kazdym badz razie komercyjnie „Kowboje” poradzily sobie komercyjnie ciut lepiej niz „The Magazine”, przede wszystkim jednak artystycznie to powrot na wlasciwie tory.

a moze chodzi tez o producenta? Lee Jones juz wczesniej cenila sobie wspolprace z obozem muzykow ze Steely Dan, tym razem jednak poszla w tej znajomosci krok dalej, oferujac Walterowi Beckerowi posade producenta. tak wiec jesli ktos wie z czym sie je ten haniebnie niedoceniany w Polsce zespol, nie moze przejsc obok „FC” obojetnie. to producencko-aranzacyjny majstersztyk. pewnie, juz wczesniejsze albumy RLJ pod tym wzgledem przebijaly dokonania konkurencji o kilka dlugosci (na debiutanckim albumie audiofile do dzis testuja sprzet, choc od jego wydania minelo 30 lat!), ale tym razem to czysty odlot. kazdy z dzwiekow, ktorych jest tu od groma (a jak zwykle na wezwanie Pani Prezes stawilo sie mnostwo sidemanow, jako ciekawostke mozna wymienic nazwisko Vondy Shephard, ktora dekade pozniej wypromowala sie na muzyce do „All McBeal”), jest dopieszczony do granic przyzwoitosci. wiem, ze to nie jest wyznacznik jakosci Muzyki, ale trudno nie pasc na kolana z zachwytu, JAK ten album brzmi.

przede wszystkim jednak cieszy, ze to CO wybrzmiewa znow moze sie naprawde podobac. o ile pogodzimy sie z brakiem przebojowosci rodem z debiutu, to te melodie naprawde moga sprawic sporo radosci. szczegolnie te osadzone w stylistyce dotad raczej obcej RLJ, czyli reggae. i to w az dwoch odslonach – „Ghetto On My Mind” i przede wszystkim „Love Is Gonna Bring Us Back Alive”. „Don’t let the sun catch you crying” tez buja w sposob jednoznacznie pozytywny, choc robi to w bardziej karaibski anizeli jamajski sposob. na przeciwleglym biegunie mamy „Ghost Train”, bluesior jak sie patrzy. a pomiedzy – „The Horses” i „Satellites”, inteligentny poprock jakiego moc tworzenia dostepna jest tylko nielicznym. no i na sam koniec – melodyjno-aranzacyjne opus magnum tego albumu, „Atlas’ Marker”. jesli mozna mowic o muzyce per natchniona, to wlasnie w przypadku tego typu kompozycji.

debiutancki album na stale zapisal sie na kartach historii Muzyki, ale cholera wie – moze „Flying Cowboys” jest jeszcze lepszy?

 

najlepszy moment: ATLAS’ MARKER

ocena: 7,5/10

Leave a Reply