Revelation Of Doom – Shemhamforash
wydawca: Pagan
Chce się krzyknąć: O Mój Boże! Ale zważywszy na to, o czym będziemy dziś mówić, może nie do końca wypada.
Wczoraj mówiliśmy o fajnym i niefajnym ekstremalnym metalu. Dziś będzie o tym niefajnym. Teoretycznie niefajnym.
Teoretycznie można by wykręcić z tej płyty totalną bekę. Spójrzcie tylko na okładkę. Dodam, że płytę dodatkowo pokrywa tekturka, na której widnieje, a jakże, pentagram. W środku książeczka. Czterech muzyków którzy przedstawiają się między innymi tak:
Kaos – (funkcja w zespole) Antichrist Six-String Goat Vomits
Analripper – Infernal Anal Fistfucking
To może jeszcze tytuły piosenek: „From Metal to Hell”, „Phalluscipher the Godcrusher”, „Darkness Shall Be”.
Można tak na poważnie?
Niektóre zespoły pokazują że można. Wiecie, klipy w lasach, malunki na ryjach i takie tam. Revelation of Doom ryjów (przynajmniej tak wnioskuję z książeczki) nie maluje, ale nie tylko to świadczy o tym, że mają dystans do tego co tworzą. No bo EJ, te teksty, nazwy i wizerunek są tak przerysowane, że nie mogą być na poważnie. I za to mają niewątpliwy plus.
Zresztą ten dystans jest słyszalny też w muzyce. Żadnych kurwa klawiszy które mają uposępnić nastrój. Napierdalanka death-blackmetalowa, wszechobecne blasty, czasem thrashowe tempa. Klimat śmierdzącego garażu, wyjebane w jakość nagrania (choć bez przesady – da się słuchać). Wokalista jadący bezlitośnie z tematem. Growl, skrzek, charkot, flegma, wszystko to co obowiązkowe w tym gatunku. Oldschoolowa poezja. A całość zamyka outro z Crowleyem i hail satanem w roli głównej. Brakuje tylko, aby płyta wydzielała zapach siarki.
Mam problem z ocenieniem tego wydawnictwa. Dawno nie słyszałem tak przeuroczego rozpierdolu. Revelation of Doom uderza dokładnie tam, gdzie boli najbardziej i robi to z bezczelnym uśmiechem na gębie. Jest pomysł w tej muzyce. Nawet jeśli nie łykam ideologicznego przekazu, to doceniam fakt, że wizerunek jest tak zajebiście dopracowany (zwłaszcza że potraktowany z przymrużeniem oka). Odświeżający powiew oldschoolu. Tylko że… No ja już teraz wiem, że nie będę do tej płyty wracał z przyjemnością. Może jeśli najdzie mnie znów ochota na coś bezkompromisowego, to spoko. Ale żeby zawiesić ucho na konkretnych kompozycjach, pozachwycać się techniką, wejść w klimat – to wszystko nie ten adres. Ciężko to nawet traktować jako wizytówkę zachęcającą do wybrania się na koncert, bo akurat szatanmetalowe gigi to nie jest coś, co lubię najbardziej. Doceniam to co RoD robi i myślę że dzięki tej płycie można ich zaliczyć do polskiej ekstraklasy ekstremy. Ale ja zwyczajnie wolę dziś posłuchać „Toxic” Britney Spears. Bo melodie to jednak podstawa.
najlepszy moment: THE GOAT WHORE
ocena: 6/10

