Radio Bagdad – Słodkie Koktajle Mołotowa
wydawca: Lou & Rocked Boys
Czas rozprawić się z płytą gdańskiej nadziei polskiego rocka. Ciężko będzie, bo przecież trochę się z chłopakami znamy, być może zaglądają tu nawet co jakiś czas… Nie no, poważnie – byłoby ciężko gdyby wydali coś syfnego. A jest zupełnie inaczej. Będziemy chwalić i to mocno.
Powtarzałem to już nieraz przy okazji pisania notki związanej z RB, że zespół Sielaka, Dzika i Majoneza to sztandarowy przykład na to, że ciężką pracą, wiarą i pomysłem na siebie można odnieść sukces nawet na tak kapryśnym rynku muzycznym jak nasz polski. I wystarczają na to trzy lata, bo tyle czasu grają pod tym szyldem. Nie uświadczycie ich w „Dzień Dobry TVN”, ale nagroda w Węgorzewie to już jakieś osiągnięcie, nieprawdaż? To było rok temu, a w tym roku chłopaki za jednym zamachem zaliczają festiwale takie jak Jarocin, Open’er i Przystanek Woodstock. Jest coś na rzeczy, prawda? Na polu scenicznym bagdadowcy osiągnęli sukces już dawno temu, wypadało wręcz wydać pełnowymiarową płytę i postawić kropkę nad i.
Zaczyna się znanym już wcześniej, wspartym pierwszym w historii RB klipem, „Epigonem”. Sympatyczna gitarka na początku i zabójczo nośny refren. Potem „Będziem robić politykę”, z ciekawie wplecioną latynoską gitarką. Chyba najbardziej zbuntowany numer RB, taki który przypomina, że to przecież zespół któremu nieobce były (są?) klimaty hardcore punk. Zabójczy jest początek tej płyty, ale przecież wciąż mówimy o numerach z początków działalności zespołu. Więc pod numerem trzy otrzymujemy „A ja nie!”. Całkowita premiera i być może dla wielu największy hit tej płyty, słusznie zresztą wybrany na singiel. Kapitalny dancepunkowy drive, który chyba najbardziej się przysłużył temu, że na Radio Bagdad zwróciła uwagę indie młodzież.
No właśnie, to chyba najbardziej zaskakuje na tej płycie. Wspominałem zresztą o tym przy okazji marcowego koncertu w Infinium. Jakoś nigdy wcześniej nie mogłem skojarzyć RB ze sceną indie, a tu proszę – zwłaszcza w sekcji rytmicznej te wpływy są najbardziej widoczne. Chcę wierzyć że nie jest to koniunkturalne zagranie, niezależnie jednak od tego czemu tak robią – robią to całkiem dobrze, choć niektórym może wydawać się zgrzytem łączenie takiego groove’u z mało indie rockowym wokalem Sielaka. (Zresztą, what the fuck is indie today, anyway?) Oczywiście „zrzeszone” snoby będą jebać po zespole, co już zresztą czynią. Przesrane u nas mają zespoły, które można by zaliczyć jako „indie-okolice”. Że ani w tę, ani wewte. Cóż, wierzę że w przyszłości RB będą łączyć przebojowość nowej rockowej rewolucji z punkowym przekazem na tyle udanie, że zostaną docenieni przez fanów zarówno Minor Threat, jak i Pavement. Tak jak The Clash, którzy wydają się wciąż główną inspiracją dla chłopaków, tak muzycznie, jak i ideologicznie. (Oczywiście nie oszalałem, pamiętam o zachowaniu proporcji.)
Skoro pada tu nazwa The Clash… RB lubią nawiązywać do innych kapel. Najwyśmienitszy przykład – „Nienawiść w eter płynie”. Rzecz traktująca o pewnym radiu z Torunia, więc poza nawiązaniem do Kultu („bo im tylko o to chodzi”) jest też muzyczny moment charakterystyczny dla Republiki. Pytanie za 100 punktów – skąd pochodzi Republika? Ciekawe też jest nawiązanie do Cool Kids of Death w tytułowym numerze płyty. W sensie, że Sielak & co. przeciwstawiają swoje koktajle butelkom z benzyną i kamieniom. Oczywiście dla wielu recenzentów płyty był to wystarczający przyczynek do konfrontacji płyty RB z debiutem CKOD. Czy mamy do czynienia z następcami?
Chyba jednak nie. Przede wszystkim dlatego, że CKOD wciąż trzymają się świetnie, więc następcy są im niepotrzebni. Po drugie, nie sądzę by RB miało tak niewyszukane ambicje jak być czyimś następcą. A jeśli porównywać płyty na poziomie czysto muzycznym, to chyba też bym się wstrzymał ze stawianiem tych płyt na równi. Choć na pewno można powiedzieć tak, że „Słodkie koktajle Mołotowa” to najlepszy debiut w Polsce ostatnich lat. I tylko pech, że RB wydało płytę w tym samym roku co Muchy zterroryzowały rynek swoimi genialnymi przebojami, więc debiut bagdadowców przeszedł bez większego medialnego echa. Ale co się odwlecze…
najlepszy moment: CZAS NASZYCH CZASÓW
ocena 7,5/10
