rageman.pl
Inne

Rekapitulacja roczna – 2024

No i kolejny rok za nami.

Przyznam szczerze, że niespecjalnie mi się spieszyło z tym podsumowaniem. Bo i też niespecjalnie jest o czym pisać. Rok temu miałem nadzieję że okrągły rok życia przyniesie jakieś gamechangery podobnie jak 10 lat temu. Wszak mówią, że życie zaczyna się po 40-tce. Cóż, nie przyniósł. Staram się doceniać co jest, bo przecież mogło być o wiele gorzej. Ale jeśli miałbym określić ostatnie 12 miesięcy dwoma słowami, rzekłbym że było nudno-rozczarowująco. Albo rozczarowująco nudno. Jest też możliwość, że za wysoko zawiesiłem poprzeczkę oczekiwań. A może tak po prostu wygląda Dorosłe Życie i jeszcze się po prostu nie przestawiłem? Nie wiem, ja tu tylko sprzątam.

No dobrze, to przejdźmy do konkretów

 

WYDARZENIE ROKU

Jakby to powiedział Fred Madison w „Lost Highway”: „I like to remember things my own way”. Co w wolnym tłumaczeniu oznacza: „niespecjalnie umiem robić fajne zdjęcia, powyższe to jedno z lepszych które zrobiłem”. A widać na tymże zdjęciu przepiękną (wierzcie na słowo) Zatokę Anthony’ego Quinna na Rodos. Czyli udało się odhaczyć kolejny kraj z tych, które chciałem bardziej zobaczyć. Może sama Grecja nie porwała mnie tak, bym marzył by tam ponownie wrócić, ale jeśli ktoś zapyta czy warto, odpowiadam „się wie”. Miło też było po, bagatela, dwunastu latach znów wpaść do Hiszpanii. W temacie Półwysep Iberyjski zawsze będę wyżej stawiał Portugalię, ale no kaman, to jak porównywanie kebaba rollo do kebaba na grubym.

A przechodząc do wydarzeń stricte muzycznych – działo się sporo! Przede wszystkim – w końcu odhaczyłem dwa dotychczas niespełnione marzenia. To większe – czyli Metallica, i to nawet razy dwa, dzień po dniu. Nie wiem czy te koncerty miały wady (a możliwe że tak, w końcu Stadion Narodowy), nie obchodzi mnie to. Liczyło sie tylko to że w końcu widzę Tych kolesi, grających „One”, „Enter Sandman” czy „Master of Puppets”. Mogę umierać spełnionym. Mniejszym marzeniem było też dotarcie w końcu do rodzinnego Gdańska na Mystic Festival, którego lineup w ’24 był wyjątkowo udany (patrząc na headlinerów tegorocznej edycji mam obawy, że poprzeczka została zawieszona zbyt wysoko). Przede wszystkim był to przewspaniały trip dla fanów ciężkiego grania z lat 90-tych spod znaku Roadrunner Records. Machine Head, Biohazard, Fear Factory (tych akurat już widziałem blisko 20 lat temu, ale wtedy zabrakło Dino Cazaresa – tym razem z klasycznego składu ostał się już tylko on), Life of Agony. A dodatkowo jeszcze Body Count, Bring Me The Horizon (fanuję i się tego nie wstydzę), Enter Shikari, no i Kerry King solo (ale w temacie thrash działo się sporo dobrego: Megadeth, Kreator, Sodom). Zostając przy bohaterach z lat młodzieńczych: zawsze miło jest zobaczyć Toola (zwłaszcza jeśli poprzedni koncert się ominęło), nawet jeśli uczciwie rzecz ujmując nie był to koncert który bym wspominał latami. Ale nie żałuję że zdecydowałem się zobaczyć Keenana i spółkę zamiast 311, którzy grali tego samego dnia w Warszawie. W końcu, po wielokrotnym przekładaniu, dotarł nad Wisłę Helmet i to z nie byle jakim programem, bo grający w całości najlepszy (moim zdaniem) „Betty”. I było tak jak się spodziewałem, czyli pięknie. Trochę wcześniej udało się spędzić majówkę z Dog Eat Dog (a w bonusie także z Fun Lovin Criminals). Może widać jak na dłoni że najlepsze lata za nimi, ale tu chodziło o co innego, Wy Młodzi nie zrozumiecie. A jeszcze wcześniej był Depeche Mode. Po raz trzeci, ale po raz pierwszy bez Andy’ego Fletchera. I tak, było czuć ten brak, nawet jeśli wszyscy zdawali sobie sprawę, że faktyczny wkład AF w muzykę DM – tak w koncertowym jak i studyjnym wydaniu – nie był zbyt znaczący. Ale tu, znów, chodziło o co innego – o to, że tych dwoje pozostałych przy życiu muzyków, choć powszechnie wiadomo o ich wzajemnej niechęci, postanowili ciągnąć ten wózek dalej. Dla pieniędzy? Pewnie też, aczkolwiek myślę że o emeryturę już martwić się nie muszą. Wierzę więc, że zaważyły bardziej szlachetne motywacje. Blast from the past zaliczyłem także na rapowym poletku, dzięki grającemu na mojej dzielni (tj. w Progresji) Xzibitowi. Jasne, średnia wieku była dość wysoka, ale hej, nam starym ludziom też się należy coś od życia. Ale by nie było, w koncertach dla młodzieży też uczestniczyłem, głównie ze względu na pracę: Tate McRae, Madison Beer, Zara Larsson, girl in red, Luke Hemmings, Isabel LaRosa, James Arthur, Myles Smith, The Kid LAROI, Aden Foyer… uff! No i jeszcze coś dla ciut starszej młodzieży, czyli Justin Timberlake (koncert super, ale jednak chyba lepiej będę wspominał ten na stadionie w Gdańsku z ’14) i Raye. Rap? Też był. Przede wszystkim kapitalny Travis Scott (dopiero w zeszłym roku doceniłem „Utopię”, co to jest za album panieee), ale też Quavo, no i ponownie Clout Festival – doceniam, ale jednak ani przez moment serce nie zabiło tak jak na Xzibicie.

 

ROZCZAROWANIE ROKU

No co ja poradzę że ta 40-tka trochę mnom fszczonsła. I zacząłem rozumieć o co Kazikowi chodziło gdy śpiewał „Najbardziej mnie teraz wkurwia u młodzieży to że już więcej do niej nie należę”. I człowiek się pilnuje by nie wpaść śmieszność jak ten Buscemi wyżej, broni się przed kryzysem wieku średniego, po czym kontestujesz, że i tak jeśli to się stanie to najprawdopodobniej tego nie zauważę. Ale też z drugiej strony – nie chcesz zdziadzieć, wtopić się w kanapę w salonie i zamieniać się w IRL-ową wersję Homera Simpsona. I tak to właśnie wygląda jak na razie – jak chodzenie po linie, czy nawet bardziej – po polu minowym.

Jak zawsze w tym miejscu – wspomnijmy o tych, których pożegnaliśmy ze świata szeroko pojętej kultury. Zacznijmy od tych, bez których było by w Polsce jeszcze smutniej (choć absolutnie nie chciałbym ich sprowadzać do roli śmieszków), czyli Janusza Rewińskiego, Stanisława Tyma oraz Jerzego Stuhra – choć wychowałem się na „Seksmisji” czy „Kilerze”, to dziś tego ostatniego cenię być może przede wszystkim za dokonania reżyserskie, „Duże Zwierzę” to chyba jeden z moich ukochanych polskich filmów. Na pewno będzie brakowało też bon motów i lapsusów językowych Franciszka Smudy, ale też nie odbierajmy królowi tego co królewskie – był czas kiedy „Franz” rządził na ławce trenerskiej (niestety nie mam na myśli Euro 2012). No i świat muzyczki – numetale tacy jak ja uronili łzę na wieść o pożegnaniu łez padołu przez Casey Chaosa (Amen) i Shifty Shellshock (Crazy Town), choć w przypadku tego drugiego można było już od jakiegoś czasu przygotować się na taki scenariusz. Przede wszystkim jednak świat muzyki stracił tych, którzy odpowiadali za jego brzmienie. To surowe i jazgotliwe (Steve Albini) oraz to brzmiące jak miliony dolarów (Quincy Jones). Nie wiem czy by się panowie dogadali w studiu, ale wiem że muzyka zarówno masowa, jak i ta stanowiąca dla niej alternatywę straciły tych, którzy kładki pod nie fundamenty.

A, jeszcze jedno – jeśli byście zakładali aparat na zęby, to upewnijcie się czy nie będziecie musieli też nosić expandera. Jesli tak, przemyślcie dwa razy. Gówno jest przeokropne.

 

FILM ROKU

Uooooo, tu działo się sporo, przede wszystkim dzięki temu że udało się zaliczyć kolejny maraton filmowy, tym razem w postaci Festiwalu Dwa Brzegi w Kazimierzu Dolnym. Wciąż nie omówiłem na blogu wszystkich obejrzanych tam filmów (w tym roku w końcu to zrobię, obiecuję) – a zacnych pozycji było tam sporo („Opadające liście”! „Nie chcemy innej ziemi!”, „Dahomej”! „Wszystkie odcienie światła!”. Niemniej jednak moich faworytów obejrzałem w „trybie normalnym”, w warszawskich kinach.

Dalej nie jestem pewien tego wyboru. „Strefa interesów” mnie zmiażdżyła, dla mnie ten film w pakiecie z „Idź i patrz” i „Threads” powinno się pokazywać obowiązkowo by pokazać, jakim syfem jest wojna i co człowiek jest w stanie zrobić drugiemu w imię chorych ideologii. „Civil War” też niby porusza tematykę wojenną, ale tam przede wszystkich zachwyca koncept i forma – A24 innych filmów do dystrybucji nie wybiera. No i jeszcze „Przesilenie zimowe” – najwspanialsza wersja americany i jeden z najlepszych filmów świątecznych w jednym.

Postawiłem jednak na drugą część „Diuny”. Za długo czekałem na ten film, by go teraz nie wyróżnić. Nie 3 lata, jakie minęły od „jedynki”, a lat, nie przesadzając, blisko 30. Od kiedy totalnie zajarałem się tym uniwersum – poczynając od gry komputerowej, po ekranizację Lyncha, kończąc na lekturze książek, od których wszystko się zaczęło. Czy interpretacja Villeneuve’a ma wady? Oczywiście, chociaż jak dla mnie mniej niż film z ’21. Tam, w dużym skrócie, mieliśmy przede wszystkim rozstawienie pionków na planszy, tu już się zaczęła gra właściwa. Ale wciąż zabrakło trochę tego szaleństwa które miało dzieło Lyncha z lat 80-tych. Być może kiedyś doczekamy się rebootu, bo teraz rebootuje się absolutnie wszystko. Ale nawet jeśli nie, to myślę że Villeneuve dał nam ekranizację blueprintową, która (w końcu) oddaje należny honor dokonaniu Franka Herberta.

 

SERIAL ROKU

No cóż, doba ma tylko 24h, a poza snem i pracą warto robić też inne rzeczy niż oddawać się popkulturowo-artystycznym zajawkom. Było sporo koncertów, sporo filmów, siłą rzeczy musiało się to odbyć kosztem czegoś. Padło na seriale. Z tego o czym pisałem w latach poprzednich i co doczekało się nowych sezonów:

„Archer” – w rekapie 2022 roku zauważyłem, że serial stracił na jakości wraz ze zmniejszoną liczbą odcinków per sezon – obstawiam że raczej to drugie wynikało z pierwszego aniżeli odwrotnie. Nowy sezon, co cieszy, przyniósł znów dwucyfrową ilość odcinków. Niestety okazał się być zarazem ostatnim. Na dodatek dziwnie rozłożonym w czasie, bo trzy finalne odcinki ukazały się po dwumiesięcznej przerwie, a na polskim Netflixie jeszcze później, stąd dopiero teraz piszę o nim, choć pierwsze odcinki wjechały jeszcze w połowie ’23. Co można rzec? To była wspaniała, długa (jak na dzisiejsze standardy) przygoda, zakończona myślę że tak jak powinna być. Zazdroszczę tym którzy dopiero będą ich doświadczać, jeśli na nią się zdecydują.

„Hilda” – również ta przygoda się zakończyła, choć trwała o wiele krócej bo zaledwie trzy sezony. Ale rany, co to był za serial. Ten serial jest jak papierek lakmusowy – jeśli Cię nie wzrusza i nie rusza, to znaczy że wszystko co miałeś sobie z dziecka już z Ciebie wyparowało, jesteś stary i zgorzkniały.

„Egzorcysta” – a ten serial prawdopodobnie nigdy się nie zakończy. Prawdopodobnie dlatego, że absolutnie nikt nie ma wobec niego żadnych oczekiwań. Don’t get me wrong – uwielbiam twórczość Walaszka. Ale też prawda jest taka, że widziałeś jeden sezon przygód Bogdana Bonera, to widziałeś cały serial. Więcej – widziałeś jeden odcinek, to tak jakbyś obejrzał wszystkie.

Innych nowych sezonów już poczętych seriali nie oglądałem, bo skupiłem się na jednym, w ramach nadrabianie zaległości:

Wybitności tego serialu nie da się ująć w jednym wpisie na blogu, a co dopiero w jednym akapicie. Powiem tak: jeśli miałbym wskazać swoje serialowe Big Four, to na ten moment to są Twin Peaks, Bojack Horseman, South Park i The Office właśnie. A w kategorii komediowej – zdecydowany numer jeden. Być może będzie jeszcze okazja by bardziej się rozpisać w temacie, teraz wspomnę że amerykański The Office jest encyklopedycznym przykładem, jak wymagającą i odmienną od filmu formą jest serial. Jak ważne jest rozumienie tego, co dzieje się na planie, jaki jest odbiór publiki i jak tę wiedzę wykorzystywać. Twórcy amerykańskiego The Office wszystkie te lekcje odrobili i to co zaczynało jako zacna, ale jednak imitacja przepełnionej krindżem wersji brytyjskiej, zakończyło się serialem o ogromnym sercu, pozbawionym cynizmu i bliższym prawdziwemu życiu. Bo bardzo często ludzie nie są chujowi, tylko zwyczajnie samotni i pogubieni. Autorzy The Office US popełnili tylko jeden, ale kluczowy bład, będący gwoździem do trumny – pozwolili odejść Steve’owi Carellowi. A, i to w tym serialu pada zdanie, które będę miał na nagrobku: „I wish there was a way to know you’re in the good old days before you’ve actually left them”.

 

MUZYKA ROKU

Ile było w zeszłym roku muzyki? Spotify Wrapped mi wyliczył że ponad 13 tysięcy minut. Pewnie nie jest to dużo, zwłaszcza jak na człowieka pracującego bądź co bądź w muzyce. Ale pomijając to, że słucham muzyki nie tylko ze Spotify’a, to w tym roku moją największą muzyczną zajawką było nie audio, a wprowadzone w tym roku na Spotify’a teledyski. Ktoś powie że co to za rewelacja, halo, YouTube, kojarzysz może? Tak, ale z jakiegoś powodu znów poczułem się jak nastolatek czuwający przy nagrywarce VHS i polujący na klipy w MTV. No, a poza tym to dalej nadrabiam zaległości z lat ubiegłych.

Dlatego poniższa dwudziestka to po prostu zestaw albumów, po których wysłuchaniu włączyłem repeat, przynajmniej raz. W kolejności prawie-losowej, poza nr #1:

20. Justin Timberlake – Everything I Thought It Was
19. Białas – POLONN
18. Guzior – G
17. Halsey – The Great Impersonator
16. Feno – Wie Najlepiej
15. Margaret – Siniaki i Cekiny
14. Wiktor Waligóra – Czekam na świt
13. Gossip – Real Power
12. O.S.T.R.- XX
11. Expo 2000 – ad hoc
10. ĆPAJ STAJL – BIAŁE SZALEŃSTWO
9. Piotr Odoszewski – Teleranek
8. Kubi Producent – Sen, którego nigdy nie miałem
7. Livka – z papieru
6. Cage The Elephant – Neon Pill
5. Vampire Weekend – Only God Was Above Us
4. Kasabian – Happenings
3. Bring Me The Horizon – POST HUMAN: NeX GEn
2. Judas Priest- Invincible Shield

1. Tyler, The Creator – CHROMAKOPIA

Najlepszy Tyler? Może aż tak to nie, ale na pewno powrót do wybitnej formy po „CALL ME IF YOU GET LOST”, który był „tylko” bardzo dobry i trochę imho brakowało mu większego konceptu i przypominał bardziej zbiór piosenek. Tu znów mamy Historię, której należy słuchać od początku do końca. Jak pokazały wyniki w streamingu – większość słuchaczy zrozumiało te intencje.


ZIOMKI ROKU

Mogło się przez chwilę wydawać że Piotrek już zluzował, czy wręcz odpuścił. Ale nie, on po prostu czekał na moment by uderzyć podwójnym sierpowym – najpierw na wiosnę z Hinode Tapes, a kilka miesięcy później z solowym Hatti Vatti. Pod przymusem delikatnie bym wskazał na HV, ale znów – to jak z wybieraniem tych kebsów. Mam nadzieję że Piter się za to porównanie nie obrazisz, jeśli to czytasz.

Honorowa wzmianka dla mihi x.n.d.r i jego „Odpocznień”. Niby już nie Kalafior Derambo, ale Gombrowiczowski duch wciąż żywy.

Singlowo też nudy nie było: Trupa Trupa z najlepszym numerem od długiego czasu, Lasy, Czechoslovakia.

 

GRA ROKU

Tak, jestem gamerem i się tego nie wstydzę, bo też dawno gry przestały być utożsamiane z rozrywką dla dzieci i młodzieży. Więc czas w końcu i tę kategorię wprowadzić. Inna sprawa, że tu idę full retro, więc jeśli szukacie reko co odpalić na PS5 to przepraszam, nie ten adres. Prędzej Nintendo64 lub Atari. Przede wszystkim jednak gry na PeCety, które mają nie mniej niż 20 lat. W tym roku nic mnie tak nie powaliło jak „The Last Express” w 2023, ale jakbym miał coś wskazać to:

 

PLAYLISTA ROKU

Jak co roku – żadne tam best of 2024, jeno utwory, które z różnych powodów repeatowałem częściej niż inne. Uwaga, niezdrowa ilość guilty pleasures.

Leave a Reply