rageman.pl
Film,  Muzyka

In Memoriam: David Lynch (20.01.1946-15.01.2025)

Od kiedy zacząłem prowadzić tego bloga już ponad 20 lat temu, a zwłaszcza od kiedy zacząłem też żegnać tutaj osoby ze świata kultury które znaczniej odcisnęły piętno na moim guście, najbardziej bałem się tego właśnie wpisu. Znamienne, że poprzedza go rekapitulacja roku 2024, który uznałem za dość fatalny. Gdybym wtedy wiedział że może być jeszcze gorzej.

Przez weekend planowałem zupełnie inną formę dla tego wpisu, z podjęciem próby ujęcia ogromu dokonań jaki DL pozostawił światu, z moim odautorskim komentarzem. Będzie jednak inaczej. Po pierwsze, zrobiło to już od czwartku mnóstwo osób, zawodowo zajmujących się pisaniem i nie-zawodowo, władających o wiele lepszym piórem od mojego. Swoją drogą spodziewałem się że świat nie przejdzie obojętnie wobec tego co się zdarzyło, niemniej skala kondolencji, hołdów, podziękowań, wspomnień etc. zaskoczyła nawet mnie. Nie będzie chyba przesadą stwierdzenie, że pożegnaliśmy kogoś, kto był patronem, ojcem i sercem świata Sztuki współczesnej, nie tylko filmowej.

Po drugie i najważniejsze – taka wyzbyta z prywaty notka biograficzna, nawet jeśli z domieszką subiektywnej oceny, byłaby zwyczajnie nie fair. Istotą tego bloga, którego nie zamieniłbym na żadne bardziej „profesjonalne” medium, jest całkowita wolność – także w tym, by móc tematykę wpisów żenić z wątkami prywatnymi. Nie potrafię i nawet nie chcę oceniać albumu czy filmu, jeśli jest on mocno związany z własnymi doświadczeniami.

A twórczość Davida Lyncha to, nie przesadzając, prawie całe moje życie. Jestem więcej niż pewien, że byłbym zupełnie innym człowiekiem gdybym we wczesnych latach 90-tych nie trafił w telewizji na „Twin Peaks”. A potem na resztę filmografii.

Stąd też poniżej wpis, który opublikowałem w swoich social mediach. Świadomie w pełni osobisty, intymny, ale w stu procentach dokładnie ujmujący to co czuję. Wszystkiego najlepszego Davidzie z okazji kolejnych urodzin.

 

Now it’s dark.

Od kilku dni głowię się co napisać, by nie popaść w banał i pretensjonalność. Pewnie byłoby mi łatwiej gdyby chodziło po prostu o Ulubionego Reżysera. Ale dla mnie byłeś kimś więcej niż ulubionym reżyserem. Praktycznie zdefiniowałeś moją wrażliwość i położyłeś fundament pod postrzeganie tak sztuki, jak i samego świata. Nie będzie więc tutaj o tym co dałeś światu, bo o tym już napisano wielokrotnie od czwartku, będzie o tym co dałeś mi.
A zatem.

Dziękuję za stworzenie filmowych światów -a szczególnie tego małego miasteczka w stanie Washington – które nie tylko fascynowały, stanowiły zagadkę i zadawały pytania na które odpowiedzi szuka się całe życie, ale przede wszystkim dawały azyl przed światem tzw. rzeczywistym, którego nie rozumiem i dość często zrozumieć nie mam siły. Światy te nie musiały być perfekcyjnie aktorsko zagrane, scenariuszowo konsekwentne, formalnie dopieszczone – ale zawsze były szczere, pobudzające do myślenia i odczuwania, a błędy w nich piękne i inspirujące same w sobie.

Dziękuję za całe uniwersum sięgające prawie każdej dziedziny sztuki, które stanowiło największą inspirację nie tylko dla mnie, ale też całej społeczności, tworzącej najwspanialszy safe place jaki mógłbym sobie wymarzyć – skupiający ludzi trochę nadwrażliwych, trochę introwertycznych, trochę autystycznych, zdecydowanie wyzbytych cynizmu, generalnie lekko kanciastych i mających trudności we wpasowanie się w ramy „normalności”. Dziękuję za ogrom dokonań które triggerowały moje kolekcjonerskie potrzeby i którym mogłem beztrosko fanboyować, co widać na powyższym obrazku, popełniony lata temu mój mały tribute dla (prywatnie mojego ulubionego) portretu Twojej osoby.

Dziękuje za koncept „art life”, który realizowałeś jak mało kto w latach współczesnych. Dość wcześnie zrozumiałem że artysta ze mnie żaden, ale uświadomiłeś mi że można żyć sztuką nie tylko jako jej twórca – dzięki czemu odnalazłem swe miejsce w jej świecie na jej drugim, pomagierskim planie. I tak sobie skromnie dłubię tam od lat, a jeśli ktoś kiedyś uzna, że w fajny sposób dowiedział się o nowym albumie Kubiego Producenta lub Darii Zawiałow, albo że moja recenzja zachęciła do sięgnięcia po jakiś film, to już nie będę miał wątpliwości że było warto.

Dziękuje przede wszystkim za sprawienie że czuję się dobrze z tym kim jestem. Zapewne to, że codziennie jem dokładnie cztery kromki chleba na śniadanie, dojeżdżam tylko konkretną linią autobusową do pracy i kurczowo trzymam się rozmieszczenia rzeczy w mieszkaniu ma swoją nazwę w medycynie, ale sam miałeś tak samo
i nieraz podkreślałeś, że rutyna w życiu daje stabilizację która jest potrzebna, by myśli mogły odkrywać zupełnie nowe terytoria.

Dziękuję za lasy, za drewno, za sowy, za chevron, za wspaniałą pogodę i za wszystkie te drobne rzeczy których piękno konsekwentnie pokazywałeś. Za magię snów i za to, że przez te kilka dekad mieliśmy zaszczyt uczestniczyć
w twoich.

In heaven everything is fine. Nie mam takiej pewności jaką Ty miałeś, że życie na ziemi to tylko jeden z przystanków w Podróży, ale jeśli tak rzeczywiście jest, to jestem spokojny o to że w tym momencie znów siedzicie razem z Angelo i komponujecie kolejne piękne melodie. Jak powiedziałeś ustami Pieńkowej Damy w jednej
z najpiękniejszych scen które nakręciłeś, śmierć to nie koniec, to zmiana. Dla mnie na pewno też, od teraz idę sam.

Leave a Reply