rageman.pl
Inne

Rekapitulacja roczna – 2023

Jeśli dziś początek stycznia to podsumowujemy miniony rok.

Jak bym ocenił minione 12 miesięcy? Hm. Z jednej strony wydaje mi się, że coraz umiejętniej doceniam (co nie było dla mnie wcześniej takie proste) to co mam i co mi się przytrafia dobrego. A było sporo ciekawych sytuacji, ludzi, miejsc – w tym takich, które w moich najgorszych czasach wydawały mi się zupełnie nieosiągalne, żeby nie powiedzieć nierealne. Z drugiej strony kilka historii dość mocno nie przygniotło, mniej lub bardziej bezpośrednio. Ciężko też radować się tym co się dzieje w skali makro, chociaż po 15 października pojawiła się chociaż iskierka nadziei. Summa summarum zatem – daję nieśmiały kciuk w górę, uniesiony także pewną dozą optymizmu – wszak jakoś tak się dotychczas działo, że okrągłe rocznice jestestwa na ziemi przynosiły mi sporo dobrego. Może więc i tym razem będą jakieś gamechangery.

 

🙂

Wcześniej ta kategoria nazywała się Wydarzenie Roku, ale chyba czas odświeżyć trochę nazewnictwo. Im dłużej żyję tym coraz wyżej w hierarchii potrzeb i zajawek pną się podróże. Zdjęcie sugeruje jednego zwycięzcę, ale tripy do Kenii i Nowego Jorku były tak skrajnie inne że trudno je porównywać, zatem daję je ex aequo. Kenia – spełnione marzenie o wyprawę w głąb Afryki. Niezapomniane widoki safari, ale też obrazki które nigdy nie powinny mieć miejsca. I choć mam świadomość naiwności tego co tu napiszę, to dopóki będzie istniała taka rozpiętość skali, z Elonem Muskiem z jednej i skrajnym ubóstwem Afryki z drugiej, to ten świat nigdy nie będzie piękny ani nawet normalny.

Nowy Jork natomiast… Na pewno efekt byłby jeszcze większy, gdyby to była pierwsza wycieczka do USA. Ale miałem to szczęście (wspominałem coś o docenianiu?) być rok wcześniej w Los Angeles, skrajnie innym od Nowego Jorku, na wskroś amerykańskim. NY nie bez powodu nazywa się stolicą świata – tam widać wpływy z każdego zakątka planety. Los Angeles bylo jak wejście do komiksu lub mainstreamowego filmu, Nowy Jork jest niczym jedna wielka galeria sztuki na otwartej przestrzeni. Gdybym miał wybudować dom to pewnie w Nowym Jorku, ale zamiast go umeblować to przeznaczyłbym resztę pieniędzy na loty na trasie LA-NY.

A jeszcze w międzyczasie wydarzyła się Turcja- może jako kraj nie tak zachwycająca, ale tu przede wszystkim chodziło o tzw. family time.

 

🙁

Błogosławieństwem internetu jest to, że w dosłownie kilka sekund można znaleźć wytłumaczenie i zrozumieć niezrozumiały dla Was film, artykuł, słowo, czego dusza zapragnie. Tego co wydarzyło się 17-ego maja wciąż nie rozumiem, chociaż i na to poświęcono mnóstwo kilobajtowej przestrzeni. Nie umiem o tym pisać, więc krótko: Kacper – dzięki za te dwadzieścia lat.

 

SERIAL ROKU

No cóż, szalone czasy binge watchingu w czasie lockdownu bezpowrotnie minęły. A jeśli już siedziałem w domu to wolałem retro gierki i muzyczkę. Inna sprawa, że adult animation które kilka lat temu za sprawą BoJack Horsemana skradło mi serce popada w coraz większy kryzys. Szybki więc przegląd tego co się działo, kolejność dowolna:

„Ezgorcysta” – każdy serial ma swoisty termin ważności – czy jest on wyznaczony przez zniecierpliwienie widzów oczekujących rozwiązania wątków fabularnych, wyczerpanie potencjału postaci i/lub konceptu tudzież po prostu przez spadek jakości; pod tym względem „Egzorcysta” to fenomen – jesteśmy dopiero na siódmym, ale jestem w stanie wyobrazić sobie setny sezon tego serialu. Nie grozi mu powolna degrengolada jakościowa, bo, cóż, poprzeczka nigdy nie była zawieszona wysoko. Kto raz wszedł do uniwersum Bartosza Walaszka i nie wyszedł od razu, ten już nie wyjdzie nigdy. Czy brzmi to jak komplement? Cóż, na świecie jest miejsce i na krafty i na Harnasia. I nie jest powiedziane, że jako piwosz musisz się opowiedzieć za którąś ze stron.

„Big Mouth” – w tym wypadku sezon siódmy okazał się sezonem przedostatnim. I myślę że to zrozumiała decyzja. Dzieci nie mogą być wiecznie dziećmi, dlatego serialowi albo groził rebranding i pójście np. w real time commentary a’la „South Park”, albo powolne staczanie się w przeciętność Simpsonową – co już mogliśmy obserwować od przynajmniej dwóch sezonów. Nick Kroll powiedział stop i chwała mu za to – myślę że zakończenie tej historii wraz z przekroczeniem progu liceum będzie najlepszym rozwiązaniem.

„Human Resources” – a skoro mowa o „Big Mouth”, to w 2023 doczekaliśmy się także drugiego sezonu spin-offu traktującego o Hormonach. Zarazem też ostatniego, co trudno uznać za niespodziankę – sympatycznie to się oglądało, ale widocznie twórcy sami zauważyli, że choć MVPami „Big Mouth” są Maury i Connie, to siłą serialu była cała galeria pozostałych postaci. Równie jakościowych zabrakło w „HR” i sama wspomniana dwójka nie dała rady tego udźwignąć.

„Scissor Seven” – to chyba najdziwniejsza ewolucja jaką widziałem w działce wizualnej. Coś co zaczynało się jak podejście do konwencji Wuxia z mocnym przymrużeniem oka, przeistoczyło się w rzecz całkiem serio. Szanuję, chociaż momentami trochę jednak zbyt przegadane.

„Disenchantment” – była przez długi czas obawa, że czwarty sezon okaże się tym ostatnim i kolejny fajny animowany serial zakończy się dołującym cliffhangerem. Na szczęście los (a konkretnie Netflix) okazał się dla Matta Groeninga łaskawy i pozwolił mu doprowadzić historię do końca. To była świetna przygoda, a to co odbierano jako niezdecydowanie w kwestii targetu serialu (przeplatanie bajkowej kreski i klimatu z dość czarnym humorem), z dzisiejszej perspektywy jawi mi się jako jego największa zaleta.

„Free For All” – o rany, co to było? Dawno nie widziałem tak nieśmiesznego i bezpłciowego serialu. Na szczęście to tylko siedem odcinków, ale jak w tym mogła wziąć udział Juliette Lewis? Nawet nie pamiętam na której platformie to obejrzałem i dobrze.

 

FILM ROKU

Seriali było w tym roku mało, a filmów jeszcze mniej. Żadnego festiwalu filmowego nie zaliczyłem, a jeśli już coś oglądałem to głównie nadrabiałem zaległości z lat ubiegłych. Zatem filmów z minionego roku widziałem łącznie, ekhm, trzy. Przy czym dwa naprawdę warte wspomnienia:

Na pewno te filmy nie są pozbawione wad, tak zresztą charakterystycznych dla ich twórców. Aronofsky znów „Wielorybem” szantażuje emocjonalnie, a Nolan przy „Oppenheimerze” znów zapomniał że film można edytować. Ale też w obu przypadkach mamy do czynienia z Kinem przez duże K, choć totalnie różnym. Nolan po chwilowej zadyszce znów w formie i choć sam pod tym stwierdzeniem niekoniecznie bym się podpisał, to przypuszczam że dla wielu „Oppenheimer” to ukoronowanie jego całkiem przecież świetnej drogi artystycznej. Podejrzewam, że znacznie mniej osób uważa „Wieloryb” za hajlajt kariery Aronofskyego, ale tu akurat ja odważę się stwierdzić, że to jego najlepszy film od wieeeelu lat.

 

ZIOMKI ROKU

Gdyby oceniać aktywność artystyczną na podstawie profilu na Spotify to ktoś mógłby sklasyfikować „Eirene” jako comeback Stefana Wesołowskiego. Co z jednej strony nie jest prawdą – bo przecież nie tak dawno ukazał się drugi album projektu Nanook Of The North, a jeszcze wcześniej mocno poświęcił się on muzyce filmowej (w tym nieobecnej na Spotify ścieżce dźwiękowej do serialu „Kajko i Kokosz”), która nie jest żadnym uzupełnieniem dyskografii, a pełnoprawnym jej fragmentem – nawet jeśli są to rzeczy powstałe na zlecenie. Dodatkowo Spotify klasyfikuje wydany w 2017 roku „Rite of the End” jako EPkę, chociaż trwa zaledwie dwie minuty mniej od „Liebiested”. Z drugiej jednak strony – rzeczywiście jawi się to pewnym comebackiem, bo przy całej sympatii i uczucia do wyżej wymienionych dzieł, to dawno nie miałem takich emocji przy nowej muzyce Stefana… być może od zasu „Liebiestod” właśnie, czyli bez mała 10 lat. Jest to zarazem też swoisty powrót do korzeni, bo oto znów Stefan współpracuje z Jacaszkiem, z którym popełnił lata temu „Treny”. Wielka, a zarazem skromna, a przede wszystkim przepiękna płyta.

 

MUZYKA ROKU

W przyrodzie nic nie ginie – mniej filmów, mniej seriali, ale za to więcej koncertów. Czy obiektywnie koncertowym wydarzeniem roku był występ Pantery? Ktoś powie że Pantera bez braci Abbott to nie Pantera, tak jak nie ma Sepultury bez braci Cavalera (wniosek – jeśli chcesz by fani już na zawsze kojarzyli Twój zespół z Tobą, dokooptuj do zespołu rodzeństwo). Ale zadajmy sobie też inne pytania: czy 2/4 wciąż obecne w zespole (czyli, jakby nie patrzeć, połowa) i które odpowiada za gro dyskografii Pantery – czyli Phil Anselmo i Rex Brown – rzeczywiście nie zasługuje by tytułować się Panterą? Czy w zastępstwo nie wzięli najlepszych muzyków z możliwych (Zakk Wylde, Charlie Benante)? Czy nie są wciąż w wybornej formie (co o tyle zaskakujące, że jeszcze nie tak dawno Anselmo objeżdzał świat z jakimiś nonejmami śpiewając te piosenki Pantery w o wiele gorszym wykonaniu)? Czy setlista nie zmiażdzyła? No i czy nie był to pierwszy, tyle lat wyczekiwany koncert Pantery w Polsce, nawet jeśli w innej konfiguracji personalnej niż ta najbardziej wyczekiwana? Mam nadzieję że te pomocnicze pytania pomogą odpowiedzieć na pierwsze główne.

A działo się o wiele więcej! Choćby przed samą Panterą zagrali Hatebreed i Crowbar, też dość solidne załogi. Jakieś dwa dni później zaś diametralna zmiana klimatu: Incubus bez wątpienia swój prime time artystyczny i komercyjny ma za sobą, ale i tak miło było posluchać w końcu tych utworów na żywo. Kontynuując wątek ciężkiego brzmienia – Bring Me The Horizon w Gliwicach udowodniło, że jeśli ktoś w końcu ma zastąpić metalowych headlinerów by odeszli na zasłużoną emeryturę to są to właśnie oni. Gitary były też na nieszczęsnym Stadionie Narodowym – Red Hot Chili Peppers po raz kolejny zagrali przed polską publicznością, co nie byłoby aż takim wydarzeniem (chociaż i tak miło się ich słuchało) gdyby nie to, że po supporty sięgnęli z najwyższej półki. Iggy Pop i The Mars Volta w cenie biletu na RHCP? Najlepiej! Inna sprawa, że niestety trochę polegli z Narodowym Nagłośnieniem – podobnie zresztą jak koncertujący po raz drugi w Polsce (ale pierwszy w Warszawie) Harry Styles. Dla odmiany Beyonce zabrzmiała całkiem spoko – chociaż tu robotę robiła przede wszystkim warstwa wizualna, na poziomie dostępnym jedynie Największym. A dorzućmy do tego jeszcze pomniejsze koncerty: Hanabie, Tash Sultana, GoGo Penguin, Maneskin, George Ezra no i last but not least – Clout Festival.

No dobra, a co z muzyką w wersji studyjnej? Było, i to całkiem sporo! I fajnej! Tyle że mam zaraz cztery dychy na karku, pamięć więc już nie ta, a Spotify wciąż nie pozwala na porządkowanie muzyki według daty wydania. W związku z tym rzucam tytułami które akurat przebiły się przez moją mini-demencję. Nie jest to żaden best of, bo dawno odpuściłem takie klasyfikowanie muzyki. Po prostu tych słuchało mi się najprzyjemniej, bo też przy większości z nich pracowało mi się przyjemnie A zatem, zawężając do TOP10: blink-182 „ONE MORE TIME…”, Foo Fighters „But Here We Are”, Nothing But Thieves „Dead Club City”, Kuban „spokój.”, Błażej Król „W każdym (polskim) domu”, Miętha „Mięthlik”, TEDE „3H HAJP HAJS HEJT”, Lordofon „Passe”, Kevin Abstract „Blanket” oraz:

Nie w tym rzecz że to jakiś wybitny album – zdecydowanie nie. Ale nie o jakość tu chodzi, a kontekst. Tu mógłby się znaleźć też album Foo Fighters, którzy również musieli się podnieść po stracie kluczowego muzyka – i to zrobili. Paradoks polega na tym, że Andy Fletcher od dobrych kilku dekad nie dokładał choćby dźwięku do muzyki Depeche Mode. A jednak, będąc w zespole od samego jego początku, trzymał go w ryzach – jako „manager z doskoku”, jako łącznik między zespołem a fanbazą, a przede wszystkim jako przyjaciel i ten, dzięki któremu Gahan i Gore byli w stanie koegzystować w jednym zespole. Była obawa że bez Fletchera panowie stracą motywację by ciągnąć to przedsiębiorstwo dalej. I nawet jeśli ktoś przytomnie zauważy że takiego, jakby nie było, biznesu nie zamyka się z dnia na dzień, to mimo wszystko szacun że jednak im się chciało nagrać tak bardzo przyzwoity album.

 

PLAYLISTA ROKU

Jak się rzekło w poprzedniej sekcji – nie pamiętam wszystkich tych utworów które mnie zachwyciły w zeszłym roku, a nie mam też zwyczaju „serduszkowania” tego co słucham. Poleciałem więc z pamięci utworami, które z różnych względów najbardziej kojarzą mi się z 2023. Może jakiś masochista przesłucha w całości, może dostrzeże spójność w tej całości. Powodzenia i do zobaczenia za rok.

Leave a Reply