rageman.pl
Film

Przesilenie Zimowe

rok: 2023

reżyseria: Alexander Payne

 

„Opowiedz mi o swoim ulubionym świątecznym filmie, a powiem ci jaki masz stosunek do Świąt”. Moje ulubione filmy świąteczne to te, które ze sporym dystansem podchodzą do tematyki Bożego Narodzenia. Jak np. „Gremliny”. Albo „Szklana Pułapka”. Bo przyznać się muszę, że nie jestem jakimś specjalnym fanem świątecznej atmosfery – mój dziecięcy, beztroski entuzjazm do tego wydarzenia został pokiereszowany przez doświadczenia lat późniejszych oraz świadomość, jak w skali globalnej jest stosunkowo niewiele osób, które rzeczywiście mogą spokojnie i wesoło spędzić święta. I chyba dlatego też tak trafił do mnie nowy film Alexandra Payne’a. Bo to nawet nie są święta w krzywym zwierciadle. To są święta na smutno. Czyli dokładnie w wajbie jaki czuje w tym okresie. Ale też nawet gdyby pozbawić „Przesilenie Zimowe” świątecznego kontekstu – co nie byłoby proste, ale można by spróbować – to wciąż byłby to świetny film.

Przede wszystkim – uwielbiam takie filmy, przy których widz mądrzeje razem z bohaterami. Bo owszem, to jest przede wszystkim podróż tych trzech osób. Nauczyciela w szkole z internatem, nielubianego zarówno przez uczniów jak i kadrę nauczycielską, który w ramach kary zostaje wyznaczony do pozostania w szkole na czas świąteczny. Uczeń, na którego wypięła się matka i która nie zamierza go zabrać do domu. Oraz szefowa bufetu, dla której ten czas świąteczny będzie czasem żałoby w związku ze śmiercią syna na wojnie w Wietnamie (akcja dzieje się w 1970 roku). Trzy diametralnie różne osobowości, skazane na siebie w czasie, który rzekomo powinno się spędzać z najbliższymi. Rozwiązania są dwa – albo potną się nawzajem bombkami od choinki albo postarają się zrozumieć siebie nawzajem. Nie będzie chyba dużym spoilerem jeśli powiem że wybierają wariant drugi, dzięki czemu nie tylko jesteśmy świadkami jednych z najwspanialszych dialogów uwiecznionych ostatnimi czasy na taśmie filmowej, ale też otwieramy się i mądrzejemy razem z nimi.

Uwielbiam też takie filmy, w których nie czuję szantażu emocjonalnego, co było np. problemem „Wieloryba” Aronofsky’ego. „Komediodramat” w tym wypadku subtelność dawkowania dramatycznego kontentu, niekoniecznie przeplatanie go humorystycznymi akcentami. Owszem, to nie jest tak że nie można się tu i ówdzie uśmiechnąć. Ale to jest dokładnie tyle uśmiechu, ile przeciętny człowiek – jeśli można by takowego zdefiniować – odczuwa na określonym odcinku czasu. Dlatego tym bardziej jest to wiarygodne i tym samym tym bardziej to uderza i chwyta za serce.

Jest to oczywiście też zasługa tych, którzy te emocje muszą uwiarygodnić. Paul Giamatti już nie raz udowodnił, że jego aktorskie emploi znacznie wykracza poza dziwolągowych bad guy-ów. Tutaj zresztą, na papierze, też takowego gra – żałosnego chujka znienawidzonego przez całe otoczenie. Ale trzeba aktorskiego kunsztu by z takiego punktu wyjścia poprowadzić postać tam, gdzie zrobił to PG. I dramatem jest, że osiągając taką aktorską „życiówkę” przegra prawdopodobnie wyścig po Oscara z Cillianem Murphy, który też zagrał rolę życia w „Oppenheimerze”. Wspaniała jest też rola Mary – ile w tej postaci jest godności, a jednocześnie wyczuwalnego w każdym geście i spojrzeniu bólu i rozpaczy po utracie syna. A jeśli dodać fakt, że rola Angusa jest debiutem filmowym Dominica Sessy to można rzecz, że osoby od castingu wykonały swoją rolę równie dobrze jak ci, których zaangażowali.

Czy za X lat o „Przesileniu” będzie się tak pamiętać jak o „Oppenheimerze” czy „Barbie”? Całkiem możliwe że nie, bo ani nie jest on tak rozbuchany w formie, tak „viralowy” i prawdopodobnie też nie tak przełomowy. Ale jeśli lubicie filmy po których seansie czujecie się choć trochę mądrzejsi i które „challengują” waszą empatię – to powinniście kibicować na najbliższej oscarowej gali „Przesileniu Zimowemu”.

 

najlepszy moment: całość, w tym też finał – dokładnie taki, jaki powinien być

ocena: 9/10

Leave a Reply