Rekapitulacja roczna – 2018
Zgodnie z tradycją – krótki ekshibicjonistyczny rachunek sumienia i podsumowania zeszłego roku.
By tradycji stało się też zadość, podsumowaniu towarzyszy obrazek rodem z Twin Peaks. Tym razem nie Dale Cooper, a Gordon Cole (aka David Lynch) wystawia trademarkowy kciuk w górę. Robi to jednak z rezerwą, by nie powiedzieć niepokojem. I ja też daję minionym 12 miesiącom kciuk w górę, chociaż nie ukrywam że nie tak solidny jak poprzednim rocznikom. Bo 2018 zapamiętam jako rok solidny, ale w gruncie rzeczy lekko nudnawy. Rok przejściowy? To się okaże przy podsumowaniu 2019. Z drugiej strony może i lepsza taka nudnawa stabilizacja niż emocjonalny rollercoaster.
Kilka razy usłyszałem zapytanie „jakie masz postanowienia na nowy rok?”. Otóż nie mam żadnych. W zeszłym roku ostatecznie wyzbyłem się postanowień noworocznych. Cele stawiane na bieżąco, czasem z potrzeby chwili – tak. Mniejsze, większe i najbardziej wymagający, o którym poniżej.
WYDARZENIE ROKU

No co będę ściemniał że nie jest to dla mnie wydarzenie skoro jest. Pół roku z życia wyjęła mi ta dieta, więc muszę tu o tym wspomnieć. A efekt sięga daleko poza te zrzucone prawie 20kg, przede wszystkim na psyche. Komfort psychiczny jaki daje bycie w zgodzie z własnym ciałem (co ostatni raz odczułem chyba w okolicach liceum) to rzecz nie do przecenienia i przyznam szczerze że nawet uprawianie medytacji transcedentalnej takowego nie dało. Jojo? Nawet jeśli kiedyś wystąpi, to dla tych kilku ostatnich tygodni warto było. Zatem tak, dla mnie jest to wydarzenie, nic na to nie poradzę.
Honorable mention: marzyło się wylądowanie kiedyś na ziemi afrykańskiej i w końcu w maju się udało. I nawet jeśli Maroko to nie jest taka typowa Afryka to i tak czuję że kolejny cel zrealizowany.
ROZCZAROWANIE ROKU
Wierzcie lub nie, wybór ten naprawdę został podyktowany brakiem bardziej sensownych rozczarowań (co w sumie chyba powinno cieszyć). Bo przecież normalny człowiek zanadto się nie przejmuje wynikami sportowymi, a tym bardziej wynikami polskiej reprezentacji futbolowej. Z dzisiejszej perspektywy wiadomo już, że Euro 2016 to był nie tyle wyjątek potwierdzający regułę, co niesamowity łut szczęścia. Graliśmy tam solidnie z tyłu i to wystarczyło by przepchnąć się aż do ćwierćfinału. Tym razem graliśmy bez obrony – Glik z kontuzją, Pazdan z fatalną dyspozycją, Bednarek z brakiem doświadczenia i Cionek z wyjątkowym pechem. Graliśmy bez lidera, bo ani Lewandowski ani Błaszczykowski na takowych się nie nadaja. Ten pierwszy może wymiatać pod polem karnym, a drugi oddawać całe serce tej drużynie, ale lidera poznaje się w sytuacjach kryzysowych, kiedy trzeba wziąć resztę „za mordę”, zmobilizować i próbować przynajmniej wyjść z meczu z twarzą. A tego ci piłkarze, jak się okazało, nie potrafią. W efekcie wypadliśmy jak banda zblazowanych nieudaczników. Czyli podwójny fail. Bo nie pierwszy raz na mundial zawitała drużyna bez team spirit – video Francja czy Holandia na poprzednich mundialach. Ale tamtych zawsze przynajmniej broniły indywidualne, wybitne umiejętności. A u nas średnia umiejętności to poziom Extraklasy. Czyli nie za fajnie. Okazało się niestety, że gramy bez trenera, bo jeśli ktoś miał wątpliwości co do trenerskiego geniuszu Nawałki, to po mundialu je rozwiał. Zresztą fakt, że aktualnie trenuję nie żadną reprezentację czy choćby nawet chińską drużynę, tylko Lecha Poznań, o czymś świadczy. Nie jest to może taki upadek jak Franciszka Smudy po Euro 2016, ale jednak smutno to widzieć. Chociaż po tym, co ta drużyna odjebała w meczu z Japonią to nie powinienem mieć krzty emocji do niej. I rzeczywiście coś pękło po tym meczu. Jak to ładnie rzekł poeta – kocham tę drużynę, ale nie jestem w niej zakochany.
Honorable mention: zestawianie słów „rozczarowanie” i „śmierć” jest strasznym DZBANOSTWEM (słowo na rok 2019?), ale wciąż nie mogę się pogodzić z finałem historii Roberta Brylewskiego. Ale że w grę wchodzi tu prywata, zatem tak jak nie pisałem wcześniej tak i tutaj nie chcę o tym pisać.
ZIOMKI ROKU
Chyba każdy z nas ma wśród znajomych muzyków. Każdy z nas przynajmniej raz został zaproszony na ich koncert, odbywający się dla 10 osób w pobliskim pubie. Podczas którego na przemian przeszywał nas dreszcz zażenowania i konsternacji. Widzisz że grają to co sprawia im przyjemność, widzisz że się starają, ale jak im powiedzieć że grają amatorski paździerz i nigdy nic większego z tego nie będzie?
Mam to niebywałe szczęście mieć wśród bliskich znajomych, a w niektórych wypadkach w malutkim kręgu przyjaciół, ludzi którzy tworzą wybitną muzykę i co potwierdzają też inni słuchacze i krytycy muzyczni. Dwóch z nich – Piotr Kaliński aka Hatti Vatti oraz Stefan Wesołowski, jakiś czas temu skumali się muzycznie pod nazwą Nanook Of The North i efekt tegoż skumania w końcu na początku zeszłego roku został oficjalnie opublikowany jako pod takim samym tytułem jak nazwa projektu. I jak to się ładnie mawia w języku angielski, jest to „match made in heaven”, chociaż biorąc pod uwagę bliskie, wieloletnie relacje tych panów na płaszczyźnie prywatnej, było to spotkanie nieuniknione także na kanwie muzycznej. To co mnie najbardziej zachwyca w tym projekcie (poza samą materią muzyczną rzecz jasna) to to, że pomimo iż słychać doskonale wrażliwość muzyczną obu panów, całość to coś znacznie więcej niż „electronic meets modern classical”, na które wskazywałoby emploi obu twórców. I chociaż najmroźniejsza zima w Polsce nie odda warunków islandzkich, które wydają mi się najlepszą okolicznością słuchania tej muzyki, to mam nadzieję że połączenie zimy i okresu muzycznych podsumowań da kolejne życie temu albumowi. I bodziec do jakiegoś follow upa – bo jestem ekstremalnie ciekaw w jakim kierunku poszłaby kontynuacja tego projektu.
Wybór numeru jeden nie był wybitnie trudny, ale muszę to wspomnieć o mnóstwie innych projektów. Choćby samego Piotrka, bo poza Nanookiem była Janka i w moim odczuciu dość niedoceniony Ffrancis, a w ramach bonusu dorzuciłbym naprawdę świetny remiks „Nie Dobiję Się Do Ciebie” Darii Zawiałow, który pomógł trochę wyeksponować talent Piotrka dla mainstreamu (oby nie ostatni raz!). Po raz kolejny wymiótł Stendek produkując „Ćmę” Reni Jusis (tym razem bez wyjątków w postaci innych producentów), nawet jeśli jest tak kilka, nazwijmy to, „nierówności”. Dorzuciłbym to jeden z moich ulubionych polskich zeszłorocznych singli, czyli „Więcej” Rosalie i kapitalny występ w grudniu przed Blindead w gdyńskim Uchu, gdzie całkowicie się obronili. A skoro mowa o Gdyni – żal rozpadu Calm The Fire, bo czuję że mogło być pod tą nazwą jeszcze wiele dobrego, ale na szczęście Pacior broni nie składa i mamy Jad. Bardziej extremalnie, bardziej punkowo i przede wszystkim po polsku. Czekamy na pełniowymiarowy release. Zawsze trzeba sprawdzić i czekać na to co wychodzi spod palców Adama Witkowskiego, chociaż sam już się trochę w tej dyskografii gubię. A skoro mowa o nadziejach na przyszły rok: nowa Trupa Trupa – zapewniam, że będzie jeszcze głośniej niż dotychczas, pod każdym względem. Miałem też okazję sprawdzić nowego Kalafiora Derambo i jest to artystycznie duży krok naprzód, który mam nadzieję będzie też krokiem pod względem komercyjnym. Must check dla fanów Synów i tym podobnych klimatów. No i mam nadzieję że w końcu doczekamy się nowej muzyki od Sary Brylewskiej. Wspomnę też o nowej twórczości Arshenic – zupełnie nie moja bajka, ale wydaje mi się, że fani łączenia gotyku z metalem mogą mieć przy tym zespole kilka chwil radości.
MUZYKA
Nie będę się wygłupiał z wyróżnianiem albumów roku, bo moja skala porównawcza z roku na rok jest coraz mniejsza, a dodatkowo choćby z racji pracy przestawiam się z albumów na playlisty. Ot, chyba też znak czasów. Niemniej muszę wspomnieć o kilku albumach i singlach które dostarczyły mi na tyle radości, że zrepeatowałem je przynajmniej kilka razy.
A Perfect Circle – Eat The Elephant: wszyscy czekają na nowego Toola, a tu proszę, drugi projekt Maynarda powrócił i to po jeszcze dłuższej przerwie niż w przypadku macierzystego bandu, bo od „eMotive” (a to i tak był „tylko” cover album) minęło aż 14 lat. Kluczowe pytanie brzmi: czy warto było (nie) czekać? Na pewno jest to najmniej reprezentatywny album dla zespołu – zmniejszono alt-metalowy ciężar (w tym Toolowe inklinacje) na rzecz elektroniki i stricte rockowych brzmień. Co obiektywnie jest dobrą rzeczą, ale summa sumarum już teraz wiem, że częściej będę wracał do poprzednich albumów (w tym przede wszystkim „Thirteenth Step”) niż „ETE”. Ale jest tam kilka sztosów pokroju „The Doomed”. No i na pewno dużo zyskał ten materiał na koncercie w Krakowie, o którym za chwilę.
Thought Gang – Thought Gang: tutaj oczekiwania były jeszcze dłuższe, bo przecież panowie Lynch i Badalamenti zajawili nazwę swego projektu już w czasach Twin Peaks. Wiadomo było że wspólnych nagrań pod tą nazwą było więcej, nie wiadomo było czy ujrzą kiedykolwiek światło dzienne. W końcu ujrzały dzięki niezmordowanemu, ulubionemu przez fanów świata Lyncha (i nie tylko) labelowi Sacred Bones. Oczywiście są tam już znane z soundtracku do „Fire Walk With Me” numery „A Real Indication” i „Black Dog Barks At Night”, a poza tym mnóstwo mieszaniny awangardy z jazzem i muzyką konkretną. W tym znany z trzeciego sezonu Twin Peaks „Frank 2000”, być może jedna z najbardziej pojebanych i zarazem najlepszych muzycznych rzeczy jakie wyszły w ostatnich latach. Pełna recenzja już wkrótce.
Don Broco – Technology: zapewne już to wiecie, ale przypomnijmy – rock nie żyje. A przynajmniej jeśli w definicji „życia” zawieramy takie hasła jak „witalność”, „atrakcyjność”, rewolucyjność” czy „zdolność do inspirowania”. Muzyka wciąż się rozwija, ewoluuje, ale już dawno przestała do tego potrzebować gitar. Czy oznacza to, że należy je spalić? Oczywiście że nie. Bo wciąż jedną z tych rzeczy które daje najwięcej radości z obcowania z muzyką jest Melodia, a te wciąż świetnie się tworzy na sześciu strunach. I jeśli nie oczekujemy artystycznych uniesień, to rock potrafi być fajny. Pochodzący z Wielkiej Brytanii Don Broco jest mega fajny, bo aktualnie nie widzę wśród nowych zespołów gitarowych drugiego takiego zespołu, który tworzyłby tak obłędnie przebojowe piosenki. Dla fanów wychowanych na nowocześniejszych odmianach gitarowego grania (nu-metal, funk rock, hardcore) są tym, czym Ghost dla tych co preferują bardziej szlachetne rockowe brzmienia. Zwróciłem na nich już uwagę przy poprzednim albumie „Automatic”, skandalicznie zaniedbanym przez Sony Music UK. W efekcie najnowszy album „Technology” wydał sublabel Nuclear Blast, być może w efekcie czego album jest odrobinę cięższy. Ale wciąż co numer to singiel, chłopaki trzaskają teledyski niemal równie często co Michael Jackson za najlepszych lat. Ominął mnie koncert w Pogłosie (o którym dowiedziałem się po fakcie, mimo iż do tego klubu mam 5 minut piechotą), koncertu 22 stycznia w Proximie już nie odpuszczę.
To moja pierwsza trójca, dodam więc jeszcze nazwy których albumy też dostarczyły mi radochy: Justin Timberlake, Andrew WK, MGMT, A$ap Rocky, Brockhampton, The Internet, Dawid Podsiadło, Amy Shark, Octavian, Tash Sultana, Lykke Li, Travis Scott, Buddy, Lo Moon, Ray LaMontagne, Paul Kalkbrenner, Leon Bridges, Manic Street Preachers, Tinashe, Lil Xan, The Voidz, George Ezra, The Neighbourhood, JB Dunckel. I powiem Wam, że chociaż już chyba nigdy nie zostanę fanem Judas Priest, to nie krwawiły mi uszy jak słuchałem „Firepower”, a to już coś.
Koncerty! Ooooo, tego było dużo. O A Perfect Circle wspominałem, spełnienie marzeń z czasów kiedy oddałbym za ten zespół życie. Ekstaza, chociaż innego rodzaju, na (przed)ostatnim koncercie Slayera w Polsce. Mnóstwo dobrego na Open’erze: Nick Cave & The Bad Seeds, Gorillaz, Massive Attack, Dead Cross i mimo wszystko Depeche Mode, chociaż sporo w tym sentymentu i szacunku dla starych dokonań aniżeli obiektywnej oceny. Powinienem dodać jeszcze Davida Byrne’a, ale jestem debilem i ominął mnie ten koncert. Po raz kolejny Polskę nawiedzili Queens Of The Stone Age i po raz kolejny przypomnieli, dlaczego rock może być fajny nie tylko w muzyce, ale i w postawie. Po 10 latach zobaczyłem znów Meshuggah live i utwierdziłem się w przekonaniu, że jeśli o metalu będą wykładać na studiach, to ten zespół musi znaleźć się w programie nauczania. Roger Waters dał w Gdańsku show dokładnie takie jak się spodziewałem – mocno polityczne, mocno dad rockowe, ale mimo wszystko emocjonujące – jakby nie było, mówimy o mastermindzie Pink Floyd. Sporo było też pomniejszych, wciąż sympatycznych gigów: Alice Merton, Awolnation, Andrew WK, Chrysta Bell, Walk The Moon, Wolf Alice. Nadzieje na przyszły rok w tym temacie? Jedno słowo: Tool. Chociaż mam nadzieję, że jeszcze kilka nazw dojdzie.
Temat singlowy niech wyczerpie poniższa playlista. Najlepszego moi Drodzy na najbliższe 12 miesięcy!
