rageman.pl
Film

Jarocin. Po Co Wolność

rok: 2016

reżyseria: Leszek Gnoiński, Marek Gajczak

 

Nie jestem fanem polskiego rocka. Oczywiście lubię sporo zespołów, które są z Polski i grają rocka, kilka wręcz uwielbiam. Ale kiedy na pytanie „czego słuchasz” widzę kogoś odpowiadającego „polskiego rocka”, nie czuję że mógłbym z taką osobą nawiązać nic porozumienia muzycznego i estetycznego. Don’t get me wrong, naprawdę nie czuję się od tych osób ani lepszy ani gorszy. Ale też nie ma co się oszukiwać, opinie wydajemy na podstawie doświadczenia empirycznego. A moje konfrontacje z osobami, które tak-się-składało-że-słuchały-głównie-pl-rocka, traciły sens już na samym początku dyskusji kiedy okazywało się, że rap i pop to gówno, a największymi polskimi poetami są Rogucki i Grabaż. Dziękuję, next. Kiedyś jeszcze wierzyłem, że z tego się wyrasta, kończy wraz z ostatnimi juwenaliami. Niestety tak nie jest, a przynajmniej nie zawsze.

Ale ja nie o tym chciałem dziś. Paradoksem powyższego jest to, że jednocześnie fascynuje mnie historia tego zjawiska zwanego polskiego rockiem. Bo tak się złożyło, że jest ona jednocześnie historią polskiej muzyki alternatywnej, z którą już jakiś związek czuję, nawet jeśli dziś alternatywnym jest nazywany sympatyczny skądinąd Podsiadło. A obie te historie mają wspólne źródło w postaci festiwalu w Jarocinie.

Niestrudzony wojownik polskiego rocka Leszek Gnoiński, głównie wojujący dziennikarskim piórem, tym razem postanowił opowiedzieć o zjawisku Jarocina za pomocą filmowego obrazu. Nie on pierwszy i być może nie ostatni. Ale w przeciwieństwie do osławionego już dokumentu z epoki, czyli „Fali”, film Gnoińskiego opowiada o legendzie festwalu z perspektywy dzisiejszych czasów i dzisiejszej odmiany jarocińskiego festiwalu. I tu upatruję główną zaletę filmu. Bo chociaż pierwotne wydanie festiwalu i współczesne to dwa skrajnie różne światy, to dzięki dynamicznemu montażowi i nałożonym efektom całość porywa jedną spójną narracją, o ludziach którzy przyjeżdżają już od dekad do tej wielkopolskiej wsi nie tylko by posłuchać muzyki (którą mają na każdym innym festiwalu muzycznym), ale też by poczuć tytułową wolność, choć jej pojmowanie zmieniało się na przestrzeni lat.

Oglądamy więc samiutkie początku, jeszcze z pozbawionym kolorów obrazem, szarym jak rzeczywistość u progu stanu wojennego. Najwięcej ujęć obserwujemy z drugiej połowy lat 80-tych, być może zarazem najlepszego okresu dla samego Jarocina, bo najbardziej różnorodnego muzycznie. Bo już nie tylko punk rock, ale i blues, reggae czy heavy metal (trochę szkoda, że tylko ten ostatni nie ma ani jednego reprezentanta w filmie, bo to był nurt ważny także dla Jarocina). Widzimy też kadry z czasów, które już trochę pamiętam chociaż przez mgłę – okrutny początek lat 90-tych. Okrutny, bo dotarcie się z kapitalistyczną rzeczywistością wymagało czasu, a nie każdy był na to gotowy. I ta frustracja biła po oczach – nierzadko w jak najbardziej dosłownym tych słów znaczeniu. I ta frustracja wylała się w pełni na jarocińskim festiwalu w latach ’92-’94. Jeden z obrazków szczególnie zapada w pamięć – ’93 rok, Marlboro zostaje tytularnym sponsorem festiwalu. W tym samym roku dochodzi do rozróby, przy którym nawet awantury z Marszu Niepodległości to zabawy w piaskownicy. Dziś taki pr-owy strzał w stopę firmy doprowadziłby do jej wykrwawienia się, wtedy – można odnieść wrażenie – to był tylko odrobinę brutalniejsza odmiana tamtejszej rzeczywistości.

W tym kontekście kadry z ostatnich lat festiwalu ogląda się jak najszczęśliwszy z happy endów. Piknikowa atmosfera, dorośli z dziećmi, młodzież w modnych (choć nie tak jak na Openerze) ciuchach, nowoczesne technologie. Ale przede wszystkim bez przemocy – czy to ze strony zomowców czy wrogich subkultur czy kogokolwiek. I chociaż pokazany fragment występu Strachów na Lachy uzmysłowił mi, dlaczego nie jeżdżę na ten festiwal, to uważam że trzeba być wyjątkowym zgredem, by użalać się że kiedyś było lepiej, o czym w zbliżony sposób mówi Krzysiek Grabowski z Dezertera.

No właśnie – nie można mówić o festiwalu muzycznym bez udziału muzyków. Jest więc cała śmietanka – zarówno tych, którzy pamiętają festiwal z perspektywy sceny (Maleo, Brylewski, Budzyński), jak i widowni, a dopiero w późniejszych latach sceny (Wojda, Muniek). Są ci, dla których nowe czasy okazały się wyjątkowo korzystne (Kazik, Skiba, Grabaż), jak i ci znani obecnie tylko największym fanom (Patyczak, Krzysztof Bara). Wypowiadają się też osoby odpowiedzialne za organizację (Walter Chełstowski, Jurek Owsiak), pojawia się nawet Paul Landers z Rammsteina, który w Jarocinie grał ze swoją pierwszą kapelą. W jednej scenie jako dziennikarz pracujący przy festiwalu pojawia się sam Krzysio Ibisz (oczywiście wyglądający starzej niż obecnie). Ibisz. Jarocin. Ibisz. Głowa eksploduje.

Tak, to były ciekawe czasy. I choć brakuje mi tamtego vibe’u w muzyce, mimo to absolutnie cieszę się że jesteśmy tam gdzie obecnie. O czym mogę pisać w tym miejscu, byście za chwilę po jednym kliknięciu mogli poczytać.

najlepszy moment: tak się jakoś składa, że każdy dokument ma jakiegoś wiodącego bohatera, człowieka który tym dokumentem zyskuje najwięcej. w tym przypadku dla mnie jest to Patyczak z Brudnych Dzieci Sida. Najprawdziwsza z Muzyk, polecam.

ocena: 8/10