Red Hot Chili Peppers – Blood Sugar Sex Magik
rok wydania: 1991
wydawca: Warner
o klasycznych albumach pisze sie najtrudniej. no bo co mozna takiego napisac o nim, czego jeszcze nie wiadomo? rozkladac na czynniki pierwsze nie bede, bo nie jestem muzykologiem. tez, tak prawde powiedziawszy, nie jest to plyta z ktora bylbym jakos specjalnie zwiazany. ani nie przetanczylem przy niej np sylwestra ’96, ani tez nie rozstawalem sie z nikim przy „Breaking the girl” czy „Under the bridge”. byc moze jednak czyta te slowa ktos, kto zaczal muzyki sluchac wczoraj. tudziez dotychczas siedzial w swiecie hiphopu lub disco polo i odkryl dopiero teraz dla siebie rockandrolla i chcialby cos wiecej o nim wiedziec. prosze bardzo, oto „Blood Sugar Sex Magic” widziany moimi oczetami. pozostalych tez zapraszam do czytania.
nowy sklad zdazyl juz okrzepnac, nowosciami wiec ziwazanymi z tym albumem sa nowy wydawca i producent. chce wierzyc ze pierwszy czynnik nie ma zadnego zwiazku z zawartoscia „BSSM”. natomiast wplyw drugiego jest niezaprzeczalny. wrecz decydujacy.
mam nadzieje, ze nikt tej refleksji nie skojarzy z tym, co wypisuje naczelny debil polskiej blogosfery muzycznej, wyszukujacy w artystach korzeni zydowskich. ale faktem niestety jest, ze ostatnimi czasy Rick Rubin odwala ostra maniane na polu produkcji muzycznej i rzeczywista wartosc jego dokonan coraz bardziej rozmija sie z renoma wypracowana w latach 80tych i 90tych. pal licho, ze co jakis czas produkowane przez niego zespoly deklaruja, ze tak naprawde Rubin palcem nie ruszyl przy plycie. gorzej, ze spod reki faceta coraz czesciej wychodza rzeczy produkcyjnie spier**lone. czy poprzez totalne wygladzenie, odrockowienie brzmienia (Audioslave, Slipknot) badz mylne rozumienie „potegi brzmienia” jako maxymalne naglosnie wszystkiego w mixie. tzw „loudness war” to w duzej mierze jego wina – mialem okazje posluchac ostatniej Metalliki na naprawde niezlym sprzecie hi-fi i myslalem ze mi uszy eksploduja. i to nie bylo mile doswiadczenie. inna sprawa, ze w wiekszosci przypadkow to i tak marne albumy, ktorych produkcja Rubina jest gwozdziem do trumny. ale jednak. a pomyslec, ze kiedys bylo zupelnie inaczej. ze bez niego kariera Slayera, Beastie Boys czy Run DMC moglaby potoczyc sie zupelnie inaczej. nie mowiac juz o RHCP i jednej z najlepiej wyprodukowanych plyt ever.
bo tak na dobra sprawe nie ma tu w graniu papryk jakiejs wielkiej zmiany w stosunku do „Mother’s Milk”. powiedzialbym, ze jest to naturalny nastepca tamtej plyty. muzycy graja lepiej. Flea odkryl, ze potega bassu nie musi tkwic w odgrywaniu pierdyliarda dzwiekow i w chwytliwosci tez tkwi geniusz. Frusciante moze wreszcie grac swoje i gra przepysznie – wiecej wciaz w tym kozactwa niz ujmowania melodia, ale bynajmniej to nie zarzut. Kiedis poza swym nibyrapowaniem szarzuje na polu czystych wokali, przez co jeszcze widoczniejszym stalo sie, jak srednim jest spiewakiem. no ale okej, dramatu nie ma, a barwe ma przyjemna. no a chad smith jest tylko perkusista, wiec zakonczmy ten akapit.
rzecz w tym jednakze, ze Rubin wzniosl to grajkowanie red hotow na kilka leveli wyzej. moglem docenic „Mother’s Milk” za bezposredniosc, rowniez na polu produkcyjnym, ale sluchanie „BSSM” to zupelnie inne doswiadczenie. nawet jesli nie dysponujecie jakims mega sprzetem, to stykaja lepszej klasy sluchawki, chocby takie udostepniane klientom w Media Markt czy Saturnie. posluchajcie ile tam w tle sie dzieje, jak to wszystko wyraznie brzmi, jaka to zyleta. wcale to nie oznacza, ze jest sterylnie, odhumanizowanie – wrecz przeciwnie. to tak, jakby sluchac zespolu grajacego na zywo w studiu, badz jakiejs przezajebistej probowni, z atlasem wykladanymi scianami czy czyms tam. niby nie to samo co garaz, ale wciaz doswiadczami tej niepowtarzalnej chemii wspolnego jammowania, slyszymy pomylki, a zajebistej solowce towarzyszy aplauz innych muzykow i reszty wspolsluchaczy (posluchajcie koncowki „If You Have To Ask” i bedziecie wiedziec o czym mowie). magia.
a najwazniejsze jest to, ze bylo co na ten wyzszy level wznosic, zaden tam Zahorski wpuszczony na boisko podczas Euro 2008. o instrumentalnym zgraniu juz wspominalismy. ale wazne, ze przy zgrywaniu sie posypal sie worek kapitalnych melodii. „Give It Away” chociazby, hm? kapitalna linia basu, swietnie przygrywki Fru w zwrotkach, perfecyjnie wpasowana solowka puszczona od tylu i na grande finale puszczony jakby od niechcenia hardrockowy riff, za ktory wiekszosc domoroslych kapel ciezkogitarowych calowalaby po lapkach. no i ta oblakana nawijka Kiedisa. oj, przemachalo sie lapami pare imprez przy tym tracku… nie odbiegaja jakos znaczaco poziomem pozostale single – „If You Have To Ask”, „Suck My Kiss”. choc o wiele fajniej wypadaja te numery, ktore szansy prezentacji medialnej nie dostaly. jak piesn tytulowa osadzona na genialnym w swej prostocie bicie i bajecznej zagrywce gitarowej. jak „Mellowship Slinky In B Major” z mocarnym riffem otwierajacym, ktory, o ile mnie pamiec nie myli, to nawet Big Cyc wykorzystal na „Z Gitara Wsrod Zwierzat” (ma sie te pamiec, heh). no i chyba najblizszy przeszlym dokonaniom „The Greeting Song”, wywolujacym zal, ze panowie flea i spolka juz takiej energii nie potrafia wytworzyc w piosenkach.
ale no wlasnie – jesli mamy szukac korzeni dzisiejszego, ultramelodyjnego oblicza rhcp, to trzeba siegnac wlasnie po ten album. tutaj panowie wlasciwie po raz pierwszy siegaja po cos, co ktos nazwal oblesnie „rockowa ballada”. zdarzaly sie niby liryczniejsze fragmenty juz wczesniej (vide „Pretty Little ditty”), ale zeby cale numery? a tu prosze – siekneli tak, ze zaczeto ich stawiac obok „Stairway To Heaven” wiadomo czyjego. ale nie ma w tym przesady, choc oryginalnosc nakazywalaby napisac co innego – „Under The Bridge” to naprawde sliczny numer. choc wlasciwie nie wiadomo czemu – poczatkowa cudna zagrywka gitarowa znika wlasciwie wraz z wejsciem zwrotek, perka cyka prosciutko, bassu nie slychac prawie wcale, a ten chor na final to jakims takim banalem traci. a moze to jednak ten Kiedis, te jego zmagania nie tylko z ciezkim tematem tekstu (dragi, izolacja, separacja, depresja, wiadomo) ale z wlasnymi mozliwosciami wokalnymi? powaznie, mi ten numer wciaz kruszy serce, choc slyszalem milion razy. ale ale – niedaleko w indeksie jest „Breaking The Girl”, tez niebywalej urody rzecz. swoja droga, ten mellotron to tez taki led zeppelinowy jakis. no i „I could have lied”, niemal czysto akustyczny. gdyby prezesom Warnera cos sie jeblo w papierach i ten numer dali na singiel, to na ogniskach obok Dzemu graloby sie wlasnie ten numer.
73 minuty to przerazajaca dlugosc, ale gdyby wyrzucic zamykajacy album zarcik dluzszy (8minutowy „Sir Psycho Sexy”) i krotszy (minutowa przerobka Roberta Johnsona „They’re Red Hot”), to zostalaby godzina calkiem kozackiego grania. juz nie padam na kolana tak jak pare lat temu, wiec ocena jest jaka jest. ale ja ostatnio jaram sie Flo Rida i Davidem Guetta, wiec nie zwracajcie uwagi na to co pisze.
najlepszy moment: GIVE IT AWAY
ocena: 9/10