rageman.pl
Muzyka

Red Hot Chili Peppers – One Hot Minute

rok wydania: 1995

wydawca: Warner

 

zaskakujaca, wrecz dziwaczna plyta. plyta, ktorej wlasciwie wiekszosc fanow RHCP nie tylko nie lubi, co wrecz nie akceptuje. wlacznie z samymi czlonkami Red Hot Chili Peppers. troche nieslusznie, bo to niezly album. chociaz…

otoz bylo to tak, ze sukces „Blood Sugar Sex Magic” przerosl dopiero wchodzacego w pelnoletnosc Johna Frusciante. idealistyczne podejscie do Muzyki polaczone z zamroczeniem narkotykowym zaowocowalo tym, ze w srodku trasy koncertowej Fru wypial sie na kolegow, wrocil w rodzinne strony i tyle go widzieli. pozostala trojka, choc mocno rozczarowana postawa kolegi, postanowila dalej pchac ten funkrockowy wozek. przetrwali przeciez smierc wspolzalozyciela zespolu, przetrwaja i kaprysy jego nastepcy. jako nowego gitarzyste ogloszono Dave’a Navarro i wydawalo sie, ze lepiej nie mogli trafic. znana marka, na dodatek kapela z ktora glownie go kojarzono – Jane’s Addiction – stylistycznie nie az tak odlegla.

a jednak w praniu okazalo sie, ze idealnie to zdecydowanie nie jest. powstala plyta, ktora nie tylko do „Blood Sugar Sex Magic”, ale i do calej dotychczasowej dyskografii ma sie tak, jak przyslowiowa piesc do nosa. tak stylistycznie, jak i troche tez jakosciowo jednak.

rozpatrzmy pierwszy aspekt, ktory wlasciwie mozna bylo przewidziec. Navarro to indywidualnosc, juz na wysokosci wydania albumu uchodzacy za legende. facet wypracowal przez lata wlasny styl gry i malo kto o zdrowym rozsadku oczekiwal, ze bedzie szedl sciezka wydeptana przez poprzednika. wystarczy posluchac otwierajacego calosc „Warped”, bedacego dobrym przegladem mozliwosci tego pana. wymiatajacy, metalowy riff obok kwasnych, psychodelicznych strzalow w przestworza. czadowanie, robienie klimy, otumanianie, a dopiero potem (ewentualnie) ukojenie melodia. czyli dokladnie odwrorotnie anizeli to co wyczynial Fru. nie aby Navarro byl jego totalnym przeciwienstwem. bardziej negatywem, evil wersja Frusciante.

mozna bylo jednak miec nadzieje, ze prz tym wszystkim uda sie jakos wybronic styl RHCP wypracowany przez lata. nic z tego. przy opisach tego albumu wciaz przewija sie me ulubione slowko „mrok”. i rzeczywiscie – nie jest to moze poziom Joy Division czy wczesnego The Cure, ale w porownaniu z witalnym, afirmujacym zycie (zwlaszcza erotyczne) „Blood Sugar Sex Magic”, „One Hot Minute” moze rzeczywiscie sprawiac wrazenie mega zdolowanego. nawet jak zdarzy sie cos pozytywnego w dzwiekach (jak „Aeroplane”), to na ziemie sprowadzaja ciezkie jak nigdy dotad teksty. rozkmine na temat urokow poczynan sexualnych wyparlo utyskiwanie na uzaleznienie od dragow, do ktorych Kiedis znow zaliczyl powrot w miedzyczasie. co ciekawe, po raz pierwszy liryki popelnil tez Flea. poezja to oczywiscie nie jest, ale o bzdurnosci wiekszej mowy tez nie ma. zreszta, taki „Pea” to calkiem zabawnie wykonana (komiksowy glosik Flea + basowe plumkanie) miniaturka z tekstem atakujacych rednekow. i, przy okazji, jedyny numer z plyty, ktory znalazl miejsce w koncertowym repertuarze „nowego” RHCP, z Fru ponownie na pokladzie.

wiekszym zaskoczeniem, i tym samym rozczarowaniem, byla jakosc tego co zespol nagral z Navarro. tu jeszcze mocniej uwidocznil sie brak Frusciante i smykalki do melodii (wypracowanej przez lata ubostwiania The Beatles, zapewne). to przeciez dopiero z Fru w skladzie panowie poczeli przechodzic na melodyjna strone mocy. z panem Johnem ponoc wystarczylo chwile pojammowac i juz az iskrzylo od pomyslow na piosenki. nad kompozycjami na „One Hot Minute” panowie Kiedis i Flea dumali ponad rok. dumali sami, bo okazalo sie ze Navarro przez lata grania z Perrym Farrellem wypracowal sobie ciut inny system pracy („ja tu cos skomponuje, a ty po prostu doloz fajne dzwieki na gitarce”), a Chad Smith to tylko perkusista. no i slychac niestety to wydumanie piosenek. ktore na dodatek probuja panowie przyslonic kombinowaniem. wezmy pierwszy z brzegu przyklad, „One Big Mob” – najpierw jazda sprzezona ze skandowaniem, jak za starych czasow. potem psychodeliczna wstawka z jakims placzem dziecka. nastepnie powrot do poczatkowego, nic nie wnoszacego funkrockowego plumkania i czadowa, hardrockowa lupanina na final. wszystko fajnie, mozna sie przez chwile podjarac ta zonglerka dzwiekowa, ale nic z tego nie wynika, czuje sie oszukany. jeszcze gorzej, gdy to kombinowanie zarzyna calkiem ladna melodie. np taki „Transcending”. slicznie melancholijna, jakby zywcem wzieta z „…And The Circus Leaves The Town” Kyussa gitarka, na tle ktorej mile prowadzi melodie wokalna Kiedis. a tu nagle na wysokosci 3 minuty wchodzi bezsensowny jazgot i wydzieranie geby pana wokalisty. po kiego grzyba? lepiej calosciowo wypada „Falling Into Grace” z przesympatycznym dwuglosem w refrenie, ale i tu nagle pojawia sie wyjeta wprost z dupy orientalna wokaliza.

banalem teraz zapodam, ale gdyby Kiedis i Flea byli lepszymi kompozytorami, gdyby na tej plycie znajdowaly sie lepsze piosenki, to bylaby ona genialna. uwielbiam ten album za sama wartstwe instrumentalna (oczywiscie glownie przez wyczyny Dave’a, choc pozostali naprawde godnie mu sekunduja), aranzacyjnie to naprawde powazna sprawa. i szkoda, ze wiekszosc tych cudnych dzwiekow jest wygrywana bez wiekszego sensu. choc mozna tez sobie wmowic, ze to album trudny. prawda pewnie lezy gdzies posrodku, co odzwierciedla ocena koncowa.

 

najlepszy moment: COFFEE SHOP

ocena: 7,5/10

Leave a Reply