rageman.pl
Muzyka

Red Hot Chili Peppers – Mother’s Milk

rok wydania: 1989

wydawca: EMI

 

jak obiecalem – szykujcie sie na nadrabianie zaleglych notek. dzis bedzie sporo o kalifornijskich Papryczkach. i to zajmiemy sie jej najfajniejszym okresem dzialalnosci.

„Mother’s Milk” mozna na luzaku uznac za ukoronowanie pierwszego etapu dzialalnosci RHCP, obejmujacego trzy plyty wydane dla EMI. ukoronowanie, choc tez po czesci zapowiesc nowego, multiplatynowego.

ukoronowanie, bo tu wciaz gra kapela, ktora bez obiekcji mozna postawic obok Living Colour, Fishbone czy wczesnego Faith No More, nie obrazajac zadnej z tych zalog. czyli pionierow soczystego, funkrockowego grania jakie tylko na zachodnim wybrzezu usa moglo sie narodzic. nie, ze przed nimi nie bylo nic. ale czy znawcy tego chca czy nie, jesli mowa o graniu spod znaku klangu na basie zespolonego z hendrixowaniem na gitarze to wlasnie te wspomniane wyzej zalogi stanowia do dzis punkt odniesienia. i rhcp tez na wysokosci „Matczynego Mleka” do tego zestawu pasowal. ktos powie – jak to? przeciez „Blood Sugar Sex Magic” to jest TA plyta. teoretycznie tak. ale nie oszukujmy sie – „BSSM” to swietna, ale jednak audiofilsko przyrzadzona plyta, gdzie odloty instrumentalistow sa hamowane wymogami piosenkowej struktury, najlepiej takiej dobrze wpasowujacej sie tez w oczekiwania wlodarzy wytworni i MTV. szalenstwo kontrolowane, generalnie. i w tym kontekscie „MM” ma przewage nad nastepca. tu naprawde slychac luz absolutny. pozbawiony komercyjnego myslenia o muzyce, choc kazdy zapoznany z biografia rhcp wie, ze chlopaki chcieli bardzo sie wybic. brzmiacy garazowo, jakby nagrywany na setke i nie robiacy sobie nic ze slyszalnych wyglupow w studiu nagraniowym, choc powstaly pod producenckim okiem uznanego Michaela Beinhorna. kladacy nacisk na groove, choc przy okazji pozwalajacy na wyklucie sie paru kapitalnych melodii.

w numerach typu „Magic Johnson”,  „Nobody Weird Like Me” czy „Punk Rock Classic” slychac ostatnie podrygi RHCP takiego, jakiego znamy wylacznie z pierwszych plyt. takiego, ktory sprawial wrazenia, jakby punk i funk roznily sie tylko jedna literka. ktory nie bal sie temp pedzacych na leb/szyje, zulerskich wrecz chorkow czy jazgotliwych wykonczen piosenek (w ostatnim zamiast jazgotu mamy cytat z… „Sweet child o’mine” Guns N’ Roses). w jakichs sposob nie powtorza sie juz w przyszlosci takie motywy jak zywcem wyjete z sali prob „Pretty Little Dirty” czy „Fire”. szczegolnie zwraca uwage ten pierwszy-  zaledwie poltoraminutowy jam instrumentalny, w ktorym na dobra sprawe jedyne role graja trabka Pchly i gitara Frusciante. najspokojniejsze fragment na tej plycie, z eterycznymi niemal dzwiekami pana Fru. choc na wysokosci 33 sekundy niektorzy pewnie zalicza bolesny powrot do rzeczywistosci. ale blagam, zapomnijcie o tym, ze ten sampel atakowal dekade temu z kazdego radia i telewizora w pseudorapmetalowym cudaku Crazy Town’a. te pare dzwiekow to naprawde chyba najpiekniejsza zagrywka gitarowa, jaka popelnil wioslowy RHCP.

jesli chodzi zas o „Fire”… wielbiacy Hendrixa muzycy raczej nie pozwoliliby sobie zbeszczescic numer idola. ale o wiele kapitalniej wypada przerobka Steviego Wondera „Higher Ground”. juz absolut byl bliski idealu, wiec o jakims coverowym cudzie mowy nie ma, ale spokojnie mozna powiedziec, ze Kiedis i spolka przypomnieli ten numer nowemu pokoleniu sluchaczy w najlepszy z mozliwych sposobow. nic dziwnego, ze numer wyladowal na singlu. zreszta, to wlasnie jeden z aspektow swiadczacych o tym, ze „MM” to juz nowy rozdzial. wreszcie bylo co wybierac na single, ktore moglyby tez cos zdzialac komercyjnie. rownie fajnie co „Higher Ground” wypada autorski „Knock Me Down”. sliczne harmonie, a dwuglos Kiedis/Fru (choc slychac bardziej tego drugiego) to zapowiedz nawet nie „BSSM” co „Californication” wrecz… bardziej melodyjnie poczynaja sobie tez w „Taste My Pain” czy „Sexy Mexican Maid”, choc brakuje w nich jednak jakichs bardziej powalajacych hookow.

w kontekscie „Blood Sugar Sex Magic” mowi sie o „bogactwie dzwiekow”, „przepychu aranzacyjnym” i takic tam. owszem, mowia oni wszyscy prawde, to Dusia z Januarym blefuja. ale „Mother’s Milk” wcale pod tym wzgledem gorsze nie sa. a nawet… no bo czego tu nie ma – wiolonczela w „Taste The Pain”. pornolowe sample w „Stone Cold Bush”. mnowstwo zenskich wokali, pojedynczych badz choralnych, by wymienic chocby „Knock Me Down” czy „Johnny, kick a hole in the sky”. tych ostatnich specjalnie duzo na pozniejszych plytach nie bedzie. tylu deciakow, nie tylko tych operowanych przez Fleje, tez pozniej chyba nie bylo… tez unikalnie w kontekscie te plyty brzmi gitara Frusciante. mocno przesterowana, momentami wrecz metalowa. nie brzmi to zle, choc przydaloby sie dla rownowagi wiecej takich ladnych dzwiekow jak w „Pretty Little Ditty”. ale ponoc producent nalegal na taka „potege” w gitarze, przez co mialo dochodzic do awantur w studiu nagraniowym. drugiemu nowemu nabytkowi w zespole – perkusiscie Chad Smith’owi – jakos sie upieklo.

chcac miec pojecie o zjawisku zwanym Red Hot Chili Peppers nie wyobrazam sobie nieznajomosc tej plyty. nawet jesli jest mocno nierowna, przez co ocena koncowa koniec koncow ciut naciagana.

 

najlepszy moment: HIGHER GROUND

ocena: 8/10

Leave a Reply