Red Hot Chili Peppers
kto: Red Hot Chili Peppers, Iggy Pop, The Mars Volta
Lato powitaliśmy kalifornijskim słońcem i gitarami.
Przyznam szczerze że poza bardzo nielicznymi przypadkami (właściwie to dwa: Tool i QOTSA) nie mam potrzeby chodzić drugi czy nty raz na koncert danego wykonawcy. Zwłaszcza, jeśli od czasu poprzedniej konfrontacji nie wydał nic szczególnie godnego uwagi. Dotyczy to również Red Hot Chili Peppers. Już promowana na ich pierwszym koncercie w Polsce (na którym miałem okazję być) „Stadium Arcadium” była co najwyżej średnia i zdecydowanie za długa. A potem to już zupełnie straciłem zainteresowanie tym, co powstawało w obozie RHCP – może za wyjątkiem „I’m With You”, która z dzisiejszej perspektywy ma status dość zbliżony do „One Hot Minute”, czyli bękart w dyskografii, stworzony z Innym Gitarzystą. Przyznam szczerze, że kiedy świat obiegła wiadomość o (kolejnym) powrocie Johna Frusciante, wywołało to we mnie bardziej uczucie swoistego politowania aniżeli radość. Bo czy to jeszcze miłość do starych kompanów czy już bardziej troska o wysychające źródło dochodów? Pierwszego singla po powrocie do dzisiaj nie wysłuchałem nawet do końca, odpuściłem po pierwszych trzydziestu sekundach. Być może dwie (!) płyty które panowie nagrali na przestrzeni roku prezentują się lepiej i mniej generycznie. Ale przy takim ogromie ciekawej i NOWEJ muzyki naprawdę nie mam potrzeby sprawdzać kolejnych dokonań artysty X tylko dlatego, że kilka dekad temu miał znaczny wkład w moją edukację muzyczną. Słuchanie muzyki powinno być kierowane zajawką, a nie poczuciem wdzięczności.
Niemniej kiedy już pojawiła się opcja pójścia na koncert, to z niej skorzystałem. Bo po pierwsze, co tracę? Po drugie, cokolwiek bym nie gadał na REDHOTÓW to kiedy już usłyszę coś z „BSSM” czy „Californication” to jestem totalnie spacyfikowany i w stanie błogostanu. To są dobre piosenki i tyle, a od dobrej piosenki lepsza jest tylko ta sama piosenka w wersji live.
No i był jeszcze trzeci powód, od którego zacznę relację. Ale najpierw drobne wspomnienie. W czerwcu 2005 roku warszawska Stodoła miała okazję gościć najwspanialszy hat-trick koncertowy – dosłownie dzień po dniu wystąpili wtedy Queens Of The Stone Age, Slipknot (z The Dillinger Escape Plan na supporcie!) i The Mars Volta. Dwóch pierwszych zespołów słuchałem już wtedy namiętnie, The Mars Volta dopiero czekała na odkrycie, w związku z czym bez bólu odpuściłem sobie ten trzeci koncert. I do dzisiaj nie mogę sobie tego wybaczyć, bo nic nie stało na przeszkodzie zostać ten jeden dzień dłużej w Warszawie. Co gorsza, miałem jeszcze kilka szans naprawić swój błąd bo panowie jeszcze później kilkukrotnie wracali do Polski, ale z rozmaitych powodów nie skorzystałem. Potem nastąpił koniec końców chyba średnio udany reunion At The Drive-In (czyli poprzedniego zespołu ojców założycieli TMV) i jakiś czas temu znów nastąpiła reaktywacja szyldu The Mars Volta, a wraz z nią wróciła nadzieja że koncert w Polsce. I rzeczywiście, pojawiła się rozpiska koncertów w Europie, z przystankiem w Warszawie. Najlepiej! Tyle że ten jedyny koncert miał być zarazem supportem, zresztą przed dobrymi ziomkami (Fru regularnie gościł na ich albumach, Flea niewiele mniej). „OK, lepszy supportowy rydz niż nic”, myślałem. Niestety, z dzisiejszej perspektywy trudno uznać ten koncert za specjalnie udany. Bo setlista obejmująca tylko cztery utwory to jedno – panowie nie bawili się w żadne skondensowane wersje i polecieli klasycznym, rozbuchanym tripem, wobec czego z genialnego debiutu usłyszeliśmy tylko „Drunkship of Lanterns”. Ale tego dnia chyba wszystko było przeciwko Omarowi, Cedricowi i ich licznym kompanom. Pogoda, która zachęcona przez otwarty dach stadionu zalała płytę i zmusiła ludzi do skupienia się bardziej na szukaniu suchych przestrzeni niż muzyce. Nagłośnienie, które zupełnie nie poradziło sobie z dynamiką i artylerią dźwięków będących wyróżnikiem twórczości TMV, co zaowocowało chaosem i hałasem. No i też publika chyba też niespecjalnie potrzebowała tego koncertu. Może nie było takiego hejtu jak na raperze który był pierwszym z supportów na debiutanckim polskim koncercie Papryczek w 2007 roku, bo to jednak wciąż rockowe gitary. Niemniej dla osób które przyszły usłyszeć pop-funk-rockowe przeboje pokroju „Can’t Stop” czy „Snow (Hey Oh)” zderzenie z tym (źle brzmiącym) prog rockiem The Mars Volty mogło być bolesne. Po pół godzinie zespół bez pożegnania zszedł ze sceny. Do zobaczenia, mam nadzieję.
Wracając do koncertu z 2007 roku – wtedy na Stadionie Śląskim występ RHCP bezpośrednio poprzedził Jet (pamięta ich ktoś jeszcze?). Na Narodowym nie było zespołu stylizującego się na retro rock, tylko człowiek żywcem wyjęty z przeszłości – Iggy Pop. I to był strzał w dziesiątkę. Nie będę udawał, zawsze bliżej było mi do kumpli Popa (Bowie, Reed) niż do niego samego. Ale mówimy tu o Legendzie, a Legendy trzeba przynajmniej raz zobaczyć na żywo. I taka półgodzinna piguła była idealna dla wszystkich – tych potrzebujących rozgrzewki przed gwiazdą wieczoru, tych co nie zdecydowali by się na zakup biletu na pełnoprawny koncert (np. ja) oraz zupełnie nowych słuchaczy, dla których ten koncert musiał być idealną zachętą. Iggy wiedział że nie dla niego tu ludzie przyszli i postawił na żelazną klasykę (z wyjątkiem w postaci „Frenzy” z najświeższego albumu), solową i The Stooges, znaną nawet przypadkowym słuchaczom. Było więc chóralne odśpiewanie „lalala” z „Passengera”, był też „Lust For Life” a przede wszystkim fundamentalne dla rozwoju punk rocka i rocka w ogóle „Raw Power”, „I Wanna Be Your Dog” i zagrane na sam koniec „Search and Destroy”. Zobaczyłem Iggy’ego Popa i jego klatkę piersiową na żywo, mogę odhaczyć kolejną pozycję z to-do listy.
Godzina 20.45. Jeśli ktoś myślał, że dopiero na gwiazdę wieczoru wjedzie jakaś efektowniejsza scenografia i aranżacja przestrzeni to mógł się srodze zawieść. Żadnego rzędu telebimów, miliarda wybiegów i sceny na środku stadionu. Największą ekstrawagancją był telebim za plecami muzyków, który obejmował także sklepienie sceny. Nie było mnie na koncertach RHCP które odbyły się już po tych koncercie na Śląskim, nie wiem jak wyglądała interakcja z publicznością na tychże. Wtedy grali zresztą z Innym Gitarzystą, być może nie ma co porównywać. Wygląda jednak na to, że ten „minimalistyczny” konktakt z publicznością na „śląskim” koncercie nie był wypadkiem. Oni uwielbiają z sobą grać. Na tyle, że publika w tym momencie schodzi na drugi plan.
I tak jak mogło mi to w jakimś stopniu przeszkadzać 16 lat temu, tak teraz uważam to wręcz za coś oryginalnego, nieszablonowego i po prostu świetnego. Przecież mając takie szlagiery w repertuarze mogliby zrobić z tego jeden wielki festyn w Opolu, z machaniem łapkami itp. Nie chcą zanadto wchodzić w analitykę – przynajmniej 1/4 z tych dwóch godzin koncertu to były solówki i jamy! Zresztą, od popisów instrumentalnych zaczęli zanim pojawił się Kiedis i przeszli w „Around The World”. A co najlepsze – te instrumentalne odloty nie oznaczały, że wokalista schodził ze sceny odpocząc na backstage’u. Bynajmniej – był razem z zespołem, obserwując (i ciesząc się, przypuszczam) jaka magia generuje się w tej konfiguracji personalnej.
To co też mi zaimponował, to selekcja utworów. Drugi koncert i drugi raz nie usłyszałem „Under The Bridge”. I zupełnie mnie to nie boli. Szanuję, kiedy artysta nie ogranicza się do best of’u (a w przypadku RHCP z ich trzynastoma albumami) i sięga także po rzeczy mniej oczywiste, a wciąż bliskie sercom fanów. Jasne, taki „Soul to Squeeze” miał nawet teledysk, a jednak przypuszczam że nie jest to melodia znana casualowym fanow Kiedisa i spółki. Nie był to jedyny piękny moment koncertu – bo był mój ukochany „Otherside” (w 2007 pominięty), kolejny rodzynek w postaci bisowego „I Could Have Lied”, no i dwa solowe wykonania Frusciante. Mnie zachwyciło pierwsze, czyli „Dreamboy/Dreamgirl”. Cóż, z dużym prawdopodobieństwem Fru odpadłby już na pierwszym etapie talent show dla wokalistów. Ale ile emocji jest w tych jego wykonaniach!
„A czy był czad?” – zapytał ktoś z głębi sali. Oczywiście, za perkusją siedział (badumtss). A wychodząc z tych sucharowych głębin – o ile mogłem się spodziewać „By The Way”, tak już „Me & My Friends” z zamierzchłych, pre-Frusciantowych czasów mogło zaskoczyć. I ucieszyć. Dla mnie jednak najwspanialszy moment w tej kategorii to kończący wieczór „Give It Away”. Są takie utwory, które myślisz że już znasz na wylot, że jak usłyszysz je jeszcze jeden raz to wybuchniesz jak ten grubas z Monty Pythona. Ale nie, jednak się jeszcze zmieści. I zachwyci.
Jak w sumie cały koncert. Pewnie za chwilę znów wrócę do śmieszkowania z REDHOTÓW. Ale na ten jeden wieczór stałem się na powrót die-hard fanem.
najlepszy moment: OTHERSIDE
ocena: 8,25/10 (IGGY POP – 8/10, THE MARS VOLTA – 7,25/10)
