rageman.pl
Muzyka

Beyoncé

gdzie: PGE Narodowy

kto: Beyoncé

 

Widziałem w swoim życiu już chyba sporo koncertów. W młodszych latach głównie rock/metalowych, od kiedy się związałem zawodowo z muzyką rozrywkową to także mainstreamowych gwiazd. Wciąż jednak swoistym benchmarkiem, jeśli chodzi o wysokobudżetowe koncerty, pozostaje dla mnie pierwszy (i jedyny) występ Michaela Jacksona w Polsce, w drugiej połowie lat 90-tych. Jasne, byłem wtedy świeżo upieczonym nastolatkiem więc pewnie trochę też sobie wyidealizowałem wspomnienie tego koncertu. Ale przecież łatwo sprawdzić, na YT czy DVD, że Jacko w koncerty umiał. Wielu próbowało go przebić, także z rockowej flanki – bo nie mogę powiedzieć, by koncerty takiego U2 nie były efektowne. Ale to wciąż nie było to.

I dopiero Beyoncé się to udało. Beyoncé, której nawet nie jestem jakimś specjalnym fanem. Owszem, jak lecą hity z czasów Destiny’s Child czy wczesnych lat solowych to nóżka zawsze chodzi, a taki „Lemonade” z czasów dojrzalszych uważam za rzecz świetną, jeśli nie wybitną. Ale chyba nigdy nie pomyślałem „o, mam ochotę posłuchać dziś Beyoncé”. Na dodatek mam wrażenie, że od pewnego czasu przebywa w stratosferze niedostępnej nie tylko zwykłym ludziom, ale w ogóle może ludzkości jako takiej. Wiecie, jakby się uparła, to pewnie mogłaby kupić cały ten stadion narodowy wraz z przebywającą tam wczoraj publiką. Nie ciągnie mnie zanadto do bogaczy i celebrytów, ale zdecydowanie prędzej jestem w stanie sobie wyobrazić siebie na piwie z Edem Sheeranem czy Adele niż Bey.

A może właśnie dlatego, tzn. przez tę jej nieludzkość, ten koncert był tak kapitalny? Nie jestem fanem perfekcjonizmu, jeśli artysta pomyli się na koncercie to nawet poczytuję to na plus – znaczy że też jest człowiekiem (o ile nie robi tego nagminnie z racji tego że jest zwykłym amatorem). Ale tutaj to było wszystko tak bezbłędnie zrealizowane, w każdej niemal sekundzie, że nie mogło to nie uginać kolan. Zwłaszcza, że od pewnego czasu nie umiem oceniać muzyki w rozmaitych jej aspektach – studyjnych czy koncertowych – bez zaglądania na jej „zaplecze”. I tym bardziej doceniam to, czego byliśmy wczoraj świadkami.

„To”, bo czy był to jeszcze koncert czy już spektakl? Za tym drugim przemawia to, że całość była podzielona na części, czy też akty – każdy zapowiedziany kilkuminutowym filmem. Ale no właśnie, porozmawiajmy najpierw o scenie. Przyznam, że jak zobaczyłem ją przybywszy na stadion, jeszcze w świetle dnia, wydała mi się… dziwaczna. Jasne, być może największa jaką widziałem, a na pewno najszersza, ale jej efektowność była wtedy niemal zerowa. Zwłaszcza że na ekranie diodowym widoczny był obrazek rodem z PRLowskich telewizorów nocą. Dodatkowo na scenie wszystko pozasłaniane (jeszcze) płachtami przeciwdeszczowymi (dodam że w przeciwieństwie do koncertu Red Hotów tydzień wcześniej tym razem dach był zamknięty – i dobrze, bo pogoda tego dnia była równie kapryśna). Obrazu dopełniała sekcja VIP umieszczona… na samej scenie. A właściwie na dwóch przeciwległych końcach. Pewnie dla osób tam siedzących (ponoć przyjemność ta kosztowała 14K zł) frajda na całe życie, mi to trąciło kiczem. Ale cały ten przaśny obraz zniknął wraz z rozpoczęciem (według wcześniejszej czasówki opóźnionym o godzinę, ale też kto to widział by gwiazda wieczoru zaczynała o 19.30?) koncertu. Jeszcze w świetle dnia, ale już wizualizacje dawały tak po oczach jakby ktoś żaluzje włączył.

Paradoksalnie pierwszy akt sprawiał wrażenie najskromniejszego wizualnie. A na pewno najspokojniejszego muzycznie. Królowa pojawiła się przy dźwiękach fortepianu przeradzających się w jedyny tego dnia utwór z repertuaru macierzystej grupy, tj. „Dangerously in Love”. W tej części koncertu Bey była Divą, tu była niemal wyłącznie Muzyka i jej Głos. Czy z taśmy? Powiem szczerze – nawet jeśli, zgodnie z zasłyszanymi plotkami, wszystkie te partie śpiewane były zarejestrowane wcześniej i, jak słowo się rzekło, perfekcyjnie zsynchronizowane z ruchami Pani Carter, to nie mam absolutnie z tym żadnego problemu. Bo też wiem, że gdyby chciała, to by wszystkie te partie zaśpiewała tu i teraz. Ale tu chodziło też o Show – intensywne także fizycznie. Nie da się mieć wszystkiego. Może jednak Ona też jest człowiekiem?

Show już w pełni tego słowa znaczeniu zaczęło się wraz z drugim aktem, „WELCOME TO THE RENAISSANCE”. Nazwanym od najświeższej (i promowanej tą trasą) płyty, której repertuar, jak miało się okazać, całkowicie zdominował setlistę koncertu – jeśli mnie słuch nie mylił, to chyba wybrzmiały z niej wszystkie piosenki. Jasne, jest to wciąż bardzo dobry album, ale jednak w mym mniemaniu nie mający startu do „Lemonade”. Na pewno jednak o wiele radośniejszy, czy mówiąc wprost – imprezowy. I taki to był koncert – jedna wielka Impreza. Celebracja miłości, seksualności, tańca (warto odnotować, że cały sztab tancerzy – podobnie zresztą jak reszty crew, zdominowany był przez people of colour), ale też Muzyki jako takiej. Od groma cytatów (młodzież powiedziałaby easter eggów): z Madonny (kapitalne synchro „Vogue” Madonny z „BREAK MY SOUL”, z wyliczanką współczesnych, żeńskich ikon muzyki – w tym obecnej na koncercie Lizzo; sprawdźcie jej reakcję na Instagramie, złoto <3), z Jackson 5, Mary J.Blidge. Nie zabrakło dedykacji dla Tiny Turner, Matki Chrzestnej każdej wokalistki w czarnej muzyce. A przede wszystkim była to celebracja samej Głównej Bohaterki – jej twórczości (bo pomimo postawienia na repertuar „RENAISSANCE” zagrała utwory z każdego albumu, włącznie z soundtrackiem do nowej wersji „Króla Lwa”) oraz jej wizerunku.

Panie, co tam się działo… Zacznijmy od tego, że każdy rozpoczęcie aktu, kiedy już kończył się film zapowiadający, był też „odsłonięciem” nowej stylizacji Bey. Pół-kobieta, pół-robot? Afrykańska Królowa? Kiedy w pewnym momencie pojawiła się w stroju niemal dosłownie imitującym pszczołę to nawet nie byłem już zaskoczony. Podobnie jak wtedy, kiedy wjechała na wybieg na mutacji jeepa z czołgiem czy kiedy zaczęła na sam koniec latać nad publicznością na koniu (w nawiązaniu do okładki „RENAISSANCE”). I jestem w stanie zrozumieć, że dla kogoś ten motyw czy też latanie, już bez konia, nad publiką to już mogło być odrobinę too much. Ale to jest Pop, nie rurki z kremem. Tu musi być Efekt Wow, rozpasanie, nawet jeśli też przy okazji kicz. Michael Jackson nie takie rzeczy na scenie wyprawiał, a i tak był Królem, przynajmniej na scenie.

No i właśnie – o ile co do aktualnego Króla Popu można się spierać (ja swój głos, choć nie jestem fanem, oddaję na The Weeknd – no bo czy ktoś jest w stanie wyobrazić sobie Biebera lub Sheerana w koronie?), tak co do Królowej od wczoraj nie mam wątpliwości. Sorry Madonna, dzięki za wszystko, ale wypadłaś z gry.

(BTW świadomie nic nie piszę o legendarnej kwestii „nagłośnienie na Narodowym”, bo jak się po raz kolejny okazało, „punkt słyszenia zależy od punktu widzenia”; dla mnie to był najlepiej brzmiący koncert na tym obiekcie, zwłaszcza mając w pamięci średni pod tym względem koncert RHCP. A może już po prostu przestałem mieć jakiekolwiek oczekiwania co do tej studni?)

 

najlepszy moment: BREAK MY SOUL

ocena:9,5/10

Leave a Reply