rageman.pl
Muzyka

Incubus

gdzie: Klub Studio, Kraków

kto: Incubus

 

Generalnie optymizm jest dobrą rzeczą, są jednak wyjątki gdzie jest on raczej niewskazany. Jednym z nich jest branża koncertowa – możesz mieć spory problem kiedy założysz, że przyjdzie więcej niż mniej ludzi. Tutaj straty mogą być nieporównywalne większe niż w przypadku organizacji imprezy urodzinowej na którą nikt nie przychodzi.

Przyznam, że byłem nie równie ucieszony ogłoszeniem przyjazdu Incubus do Polski na pierwszy solowy koncert, co i zaskoczony wyborem miejsca wydarzenia. Na Tauron Arenie miałem okazję zobaczyć Harry’ego Stylesa czy Toola, a w najbliższym czasie wystąpią tam m.in. Iron Maiden, Depeche Mode czy Bjork. No sami widzicie, że z całą sympatią ale Incubus średnio pasuje do tego towarzystwa. Dwadzieścia lat temu – czemużby nie, cała scena nu-metalowa czy też alt-metalowa była wtedy w gazie. Tyle że Incubus dobrowolnie wypisał się z nu-metalowego towarzystwa, na którego powtórnej fali mógłby teraz powrócić. Nie jest to też case Deftones, którego muzyka nie zestarzała się ani o jotę, trafiając do coraz młodszych pokoleń. Ostatnia płyta wydana sześć lat temu, bardziej rozpoznawalnego utworu trzeba byłoby szukać w jeszcze bardziej zamierzchłych czasach… Jeśli na Panterze narzekałem na niski procent młodzieży, tak tutaj jej praktycznie nie odnotowano. A samymi trzydziesto- i czterdziestolatkami nie da się zapełnić areny.

Na szczęście organizatorzy w porę się opamiętali i zdążyli przenieść koncert do Klubu Studio, gdzie miałem okazję widzieć Godsmack, innych herosów ery nu metalu. I była to idealna lokalizacja – tym bardziej, że „show” jakie przygotował zespół na trasę nie wyglądało na wymagające nie wiadomo jakiej przestrzeni (chyba, że przedstawili skromniejszą wersję na potrzeby polskiego koncertu). Ot, wizualizacje i dość statyczni w ruchach muzycy.

Do końca żywiłem nadzieję, że może skuszą się w końcu na zagranie czegoś z „S.C.I.E.N.C.E.” (o czymkolwiek wcześniejszym nawet nie śmiałem marzyć). Niestety, panowie wciąż traktują ten materiał jako wstydliwy epizod, niegodny ich aktualnej, „dojrzałej” odsłony (ok, był niby „Vitamin”, ale w wypranej z energii odsłonie). Na szczęście etap przejściowy w postaci mojego ulubionego „Make Yourself” był już znacznie obficiej reprezentowany. Oczywiście najwięcej było rzeczy z wydanego dwa lata później, najpopularniejszego „Morning View” – „Nice To Know You”, „Are You In?” czy kończący set właściwy „Wish You Were Here”. Dwa ostatnie miały wplecione cytaty z klasyki rocka – w przypadku „AYI?” był to „Riders On The Storm” The Doors, a w przypadku „WYWH” wiadomo-który utwór Pink Floyd. Z kolei „Come Together” The Beatles odegrali już w całości i wyszło to całkiem przyzwoicie. Inne autorskie albumu były reprezentowane zdecydowanie skromniej, a już taki „If Not Now, When?” zupełnie pominęli.

Nie był to koncert opierający się na zaawansowanej interakcji zespół-publika, kontakt był ograniczony do kurtuazyjnych podziękowań i zapowiedzi. Musiała wystarczyć Muzyka… i wystarczyła. Zapewne nikt przypadkowo na ten koncert nie dotarł, a fani wyglądali po ostatnich dźwiękach bisowego „Drive” na ukontentowanych. Sam się do nich wliczam – chociaż jednocześnie trudno pozbyć się myśli, że te 15, nawet 10 lat wcześniej moja reakcja byłaby zdecydowanie bardziej emocjonalna.

(co do supportu – może w innych okolicznościach percepcja byłaby inna, ale tego dnia Pani Lealani brzmiała jakby zaczęła tworzyć muzykę dzień wcześniej i uparła się, by strollować alt metalowych fanów; no nie poczułem tego, przepraszam)

 

najlepszy moment: PARDON ME

ocena: 8/10

Leave a Reply