rageman.pl
Muzyka

Ramones – Ramones

rok wydania: 1976 (reedycja: 2001)

wydawca: Rhino

 

Czas na wprowadzenie kolejnej legendarnej kapeli do Rage Blog Hall Of Fame. Panie i Panowie – Ramones! Hey ho let’s go!

Dlaczego Ramones wybitną kapelą byli? Proste – bo dali światu rock and rolla! Zaraz, zaraz – „dali”? Może „przywrócili”? Owszem, też. Nikt nie kwestionuje wielkości muzycznych monumentów rocka lat 70tych, jak Led Zeppelin, King Crimson czy Pink Floyd. Jednak geniusz tych kapel obrócił się przeciwko nim samym w kontekście relacji kapela-fan, artysta-słuchacz. Widząc muzyka stojącego na scenie wielkiej areny, wyśpiewującego teksty zrozumiałe tylko dla niego samego w otoczeniu latających świń i przy akompaniamencie kosmicznych solówek na gitarze, trudno mieć świadomość, że jest on ulepiony z tej samej gliny co zwykli śmiertelnicy. Historyczną rolą Ramones było przypomnienie o tym fakcie. Podobnie zresztą jak całego nurtu punkowego. Tyle, że Ramones zrobili to ciut wcześniej. No i w znacznie sympatyczniejszy sposób.

Nic nie ujmując Sex Pistols, The Stooges czy The Clash – nie są to kapele, które słucha się dla poprawienia nastroju. Od roku 1976 równanie Prostota + Rock + Pozytywna Energia zawsze daje ten sam wynik. The Ramones. A biorąc pod uwagę ich kapitalny, także innowacyjny na tamte czasy image można spokojnie przyznać racje tym twierdzącym, że Ramones to nie tylko muzyka, ale także styl życia.

Niesamowite osiągnięcie jak na kapele, która wraz z AC/DC dała też życie nurtowi kapel, grających wciąż tę samą piosenkę. Ba, Ramones okazali się na tyle bezczelni, że melodię tego ich jednego numeru zerżnęli z Beach Boys… No dobra, ale poważniej rzecz ujmując – trudno nie zauważyć, że panowie zaciągnęli spory dług u Briana Wilsona i Spectorowego popu. Nawet otwierający debiut „Blitzkrieg Bop”, ikoniczny numer punk rocka, po przearanżowaniu spokojnie mógłby wylądować w repertuarze surf popowców. A takiemu prześlicznemu „I Wanna Be Your Boyfriend” nawet nie trzeba zmieniać aranżacji. Tu jest wszystko co trzeba – ujmujące harmonie wokalne, adekwatny tekst, kruszący serce wokal główny i dansingowo płynąca melodia. Niedaleko lokuje się „Listen To My Heart”, choć ten już złożono z bardziej typowych dla zespołu elementów. Czyli przede wszystkim tempo jest kilkanaście razy szybsze.

Padła symboliczna dla lat 60tych nazwa Beach Boys, więc nieśmiało zarysowuje się w myślach pytanie – a co z The Beatles? Cóż, takie powinowactwo akurat ciężej usłyszeć w samej muzyce, aczkolwiek jest coś co łączy oba zespoły. Ramones to też w pewnym sensie był Fab Four, w którym istotność dla całego zespołu rozkładała się po równo na każdego z muzyków. Joey – wiadomo, lider. Niechlujny śpiew niby typowy dla punku, a jednak nietypowy, bo maxymalnie wyzulowany, pozbawiony pretensji słyszalnej u Rottena czy Strummera. Johnny – niby ograniczony do trzech akordów, no i solówek nie gra (niby takowe sporadycznie da się usłyszeć, również na debiucie w „Now I Wanna Sniff Some Glue”, ale wieść gminna niesie że sidemani je dla Ramonesów wygrywali). Ale jak on dobierał te akordy! Chodzące (no, przynajmniej do roku 2004) potwierdzenie słuszności tezy, że mniej znaczy więcej. Dee Dee Ramone – kompozytor, co ciekawe, również po odejściu od zespołu w ’89. Niby w głównej mierze dublujący partię gitary, a jednak moim zdaniem geniusz, biorąc pod uwagę stopień skomplikowania tych partii (łatwo to wychwycić np w takim „I Don’t Wanna Go To The Basement” – gitary na rozciągłości całej płyty rozłożono na odrębnych kanałach). No i Tommy, the perkusista. Popularnością nie dorównujący swemu następcy, Marky’emu, który zastąpił go w ’78 roku. Ale warto pamiętać, że to on podpisał się swym nazwiskiem pod „Blitzkrieg Bop” i „I Wanna Be Your Boyfriend”, zdaniem niżej podpisanego najlepszymi kawałkami na płycie. No i typ ponoć był najbardziej ogarnięty życiowo, więc być może zawdzięczamy mu także fakt, że w ogóle o Ramones usłyszeliśmy.

Co tu dużo mówić – klasyczny debiut, klasyczne numery, klasyczne brzmienie. Trzeba znać. Reedycja z 2001 zawiera wersje demo piosenek zarówno z debiutu, jak i późniejszych wydawnictw („I Don’t Care”). Ciekawostki, ale raczej ciśnienia nikomu poza zdeklarowanym fanom nie podniosą.

 

najlepszy moment: BLITZKRIEG BOP

ocena: 9/10

Leave a Reply