rageman.pl
Muzyka

Massive Attack – Mezzanine

rok wydania: 1998

wydawca: Circa

 

Przedziwność z tym albumem. Przy okazji tej notki zrobiłem mały research sieci pod kątem informacji o „Mezzanine”. Jedna rzecz zwróciła mą uwagę – że rzekomo początkowo album miał dość kiepskie przyjęcie wśród krytyków muzycznych. How come? Ja rozumiem że pierwsze Led Zeppeliny były bluzgane czy Pink Floydzi – świat nie był wtedy jeszcze przygotowane na takie granie. Ale Massive Attack, trzeci album, rok ’98 i powszechne niezrozumienie? Z ciekawości aż zajrzałem do swych archiwów. „Machina”, recenzja Grzegorza Brzozowicza, 3 gwiazdki na 5. „Przerost treści nad formą”. Chyba miało być odwrotnie? Niemniej przekaz recenzji można podsumować w słowie „rozczarowanie”. Patrzymy dalej – pamiętacie takie czasopismo jak „XL”. Fajni byli, taki bardziej konkretny „Brum”. No ale co paczę? „M”! (czyli – średnio; wyższymi ocenami były „L” i, rzecz jasna, „XL”). „Zabrakło tym razem kreatywności”. No co jest kurwa?

Może jestem człowiekiem małej wyobraźni, ale nie potrafię ogarnąć, co siedziało w głowach tych krytyków kiedy pierwszy raz obcowali z „Mezzanine”. Ktoś powie że zgrywam znawce 14 lat po fakcie. Otóż no naprawdę nie do końca. Akurat „Mezzanine” należy do tych albumów, z których doznawaniem byłem dzięki ogarniętemu muzycznie rodzeństwu całkiem na bieżąco. I już wtedy wiedziałem, że coś jest na rzeczy. I jest to określenie dość eufemistyczne – tak naprawdę ta płyta (wtedy kaseta) dość ostro sponiewierała mój nastoletni umysł. Traktowałem ją niczym muzyczną Puszkę Pandory, której odpalenie groziło kolejną defloracją moich niewinnych zmysłów. A kusiło jak cholera. „Piosenka z reklamówki” to był jak debiutancki heroinowy strzał – uzależnienie na zawsze.

Mowa oczywiście o „Angel”. Swoją drogą to niesamowite, w ilu różnych filmach i reklamówkach wykorzystano piosenki z tej płyty. Chyba nawet więcej niż w przypadku „Play” Moby’ego. A przecież mówimy o skrajnie różnych albumach. „Mezzanine” jest jak nocny koszmar. Period. Stworzyć płytę, która będzie opowiadała historię to duża rzecz, zwłaszcza jak ta historia jest w miarę wciągająca. Płyta „z klimatem” to też całkiem nieliche osiągnięcie, może nawet więcej. Ale „Mezzanine” to znacznie, znacznie więcej niż „płyta z klimatem”.

Wciąż nie rozkminiłem, czy jest na ten stan fachowa nazwa. Generalnie chodzi o ten moment podczas snu, będący czymś na kształt pół-jawy. Ogarniasz wizualnie rzeczywistość dookoła, ale jednak śnisz. Mnie ten moment przeraża, czuję jakbym się zapadał. „Mezzanine” jest dla mnie dźwiękowym odwzorowaniem tego stanu.

„Angel”, „Risingson”, „Inertia Creeps” – dla mnie to clou tego „koszmarowego” programu. Nawiedzona praca bassu, rockowe jak nigdy dotąd fragmenty (momentami nawet metal się tu wdziera, zwłaszcza w „Dissolved Girl”), depresyjny wokal Horace Andy’ego (niesamowitość, że koleś z bajki reggae może brzmieć tak mrocznie), chore, wyprute z jakichkolwiek emocji 3D i Daddy’ego (w ogóle jak można dissować pracę wokalną tych panów? Przecież to ich antyflow jest esensjonalne dla klimatu tej płyty! Naprawdę mam wątpliwość, czy Tricky swymi umiejętnościami tylko by paradoksalnie nie zepsuł tych kompozycji), mnogość faktur dźwiękowych tworzących tak zawiłe konstrukcje, że nawet Houdini miałby z nimi problem. Chory, przeokrutnie chory trip.

No ok, ale to wciąż jest „tylko” płyta z muzyką. A jako taka dobrze, jakby zawierała jakieś chwile wytchnienia dla słuchacza, które przy okazji mogłyby uśpić jego czujność przed kolejnymi zagrożeniami. I takie tu są – przede wszystkim „Teardrop”, cudownie zaśpiewany przez Elisabeth Frasier z Cocteau Twins. Rzecz przepiękna w pełnym tego słowa znaczeniu – bardziej podniosła niż większość dyskografii Sigur Ros. Niedaleko leży „Dissolved Girl”, także z żeńskim wokalem. Tyle tylko, że o ile „Teardrop” to pieśń wyrwana z błogiego snu, tak „Dissolved Girl” to senne, nie do końca niewinne marzenia. Nie znasz tej kobiety którą widzisz i słyszysz, ale podświadomie czujesz, że to właśnie TA kobieta, przez którą oddałbyś wszystko, by znów ci się kiedyś przyśniła, nie wspominając nawet o spotkaniu jej na żywo. Hmmm, chyba powinienem wykreślić to poprzednie zdanie. A chuj, nie skreślę. Dla dobra recenzji.

Hmm, zastanawiam się, czy potrzeba mi będzie jeszcze 10 akapitów czy tylko 5, by wyczerpać temat zajebistości tej płyty. Ale rano trzeba wstać, więc zakończę tak: „Mezzanine” to najlepszy dowód, że Klasyczne Płyty to nie tylko domena lat 60tych czy 70tych. Owszem, „Dirt”, „Illmatic” czy „Little Earthquakes” to kapitalne albumy, też w sumie klasyczne. Ale „Mezzanine” to DOKŁADNIE ta sama półka co „IV”, „Dark Side Of The Moon” czy, mój Boże, The Beatles. Arcydzieło szeroko pojętej muzyki elektronicznej.

 

najlepszy moment: ANGEL

ocena: 9,5/10

Leave a Reply