rageman.pl
Muzyka

Rage Against The Machine – Live At The Grand Olympic Auditorium

Ratm-grandolypmicrok wydania: 2003

wydawca: Epic

 

Cztery lata bez jakiejkolwiek recenzji o jednym z zespołów życia? Zespole, któremu zawdzięczam to, że blog nie nazywa się liroyman bądź roxetteman? Haniebne.

Inna sprawa, że nie za bardzo było o czym pisać. Nowego wydawnictwa ani widu, ani słychu, a podstawową dyskografię dawno mamy już omówioną. Dorzuciliśmy nawet recenzje kilku singli oraz wydawnictw DVD. Wśród tych drugich znalazło się „Live At The Grand Olympic Auditorium”, całkiem udany zapis historycznych ostatnich (oczywiście przed reunionem) koncertów grupy w rodzinnym Los Angeles.

Jest więc sens mówić o jego odpowiedniku CD? Jest, choćby dlatego, iż wciąż jest to jedyne świadectwo koncertowej energii zespołu na tym nośniku. A przynajmniej jedyne, które obejmuje (niemal) cały, konkretny koncert. No i w przeciwieństwie do „Live & Rare” jest dostępne nie tylko na wybranych rynkach. Ale pomijając już te wyjątkowe wydawnicze okoliczności – to po prostu dobra płyta. Jasne, zgodzę się z powszechną opinią, że nie najlepiej brzmiąca, trochę jakby bootlegowo – co może dziwić, biorąc pod uwagę, iż za ten aspekt odpowiada sam Rick Rubin. Zupełnie do mnie nie docierają zarzuty dotyczące samego wykonania. Za czasów świetności RATM uchodził za zespół, który niedomagał koncertowo, zwłaszcza na najpóźniejszym etapie działalności, czego ta koncertówka ma być dowodem. Nie wiem, być może minione lata braku aktywności kapeli zmieniły perspektywy i pozwoliły docenić ich unikalną energię niezależnie od okoliczności. A być może jestem po prostu nieobiektywny. Mnie ten album rozkłada na łopatki, nie mogę spokojnie przy nim usiedzieć. Co z tego, że poza kombinacjami Morello w obrębie jego solówek gitarowych mamy tu do czynienia z dość wiernymi oryginałom wersjami? Te kompozycje tego nie potrzebują. Wystarczy, by tylko je wrzucić w warunki koncertowe, będące najlepszym katalizatorem energii, jaki wymyślono w świecie muzyki. Power tego wydawnictwa w zupełności rekompensuje brak obrazu, co dla mnie – z założenia sceptycznie nastawionemu do wydawnictw koncertowych – jest najlepszą laurką, jaką mogę tej płycie wystawić.

No i jeszcze jeden argument na tak – w porównaniu z DVD zabrakło tu „How I Could Just Kill A Man” wykonanego z raperami z Cypress Hill. Zamiast tego mamy jednak „People Of The Sun” (tym samym reprezentacja „Evil Empire” wzrosła do wciąż smucącej ilości dwóch piosenek) i, przede wszystkim, „Know Your Enemy”. Jeśli ktoś uważa, że bez wokalisty Toola ta piosenka traci sens bytu, to cóż… myli się.

 

najlepszy moment: BULLET IN THE HEAD 

ocena: 8/10

Leave a Reply