Bob Dylan – Down In The Groove
wydawca: Columbia
Zamykamy przerwany „Grawitacją” cykl recenzji dzieł Dylana.
Czy można nagrać coś gorszego niż „Knocked Out Loaded”? Większość krytyków muzycznych uważa że i owszem – „Down In The Groove”. Nie ma co hipsterzyć – jest to album ewidentnie zły, momentami tragiczny, z instrumentacjami rozłażącymi się w stopniu wręcz irytującym („When Did You Leave Heaven?”). Po raz kolejny Dylan funduje nam wysokobudżetowego (na pokładzie m.in. Eric Clapton, muzycy The Grateful Dead, Ronnie Wood, Paul Simonon) zakalca, który co rusz wytrąca argumenty obronne nawet najbardziej fanatycznym Dylanofilom.
Mimo wszystko stawiam „DITG” odrobinę wyżej niż poprzedni album, choć wciąż mówimy o totalnym dole dyskografii Dylana. Przede wszystkim brak tu kuriozalnych wycieczek stylistycznych, w przeciągu dziesięciu zawartych tu utworów wirujemy wokół folkrockowego korzenia – bliżej lub dalej, wciąż jednak na sensowną odległość. Po raz kolejny większość utworów ma zewnętrznych autorów, jednak efekty choćby w postaci bardzo oldskulowego „Shenandoah” pozwalają (zapewne naiwnie) wierzyć, że wynika to chęci wyniesienia cudzych piosenek na wyższy poziom w folkowej tradycji aniżeli zwykłego lenistwa. No i najważniejsze – trafiła tu prawdziwa, a nie naciągana (jak „Brownsville Girl” z „Knocked…”) perła w postaci „Death Is Not The End”. Prawdziwa pieśń żałobna, zarazem przesiąknięta optymizmem, dająca nadzieję na nowe otwarcie. Poważne słowa, a jednak tkwi tu zarazem potencjał ironii, czarnego humoru, który wykorzystał Nick Cave coverując utwór na „Murder Ballads”. Piękna rzecz, aż nie przystająca do tego towarzystwa. Rzut okiem na creditsy – Knopfler, Alan Clark, Sly & Robbie… Czyli najprawdopodobniej odrzut z „Infidels”. I wszystko jasne.
Cykl kończy się więc źle, ale nie sama historia – już wkrótce i dla samego Dylana pojawiła się Nadzieja, w postaci Daniela Lanoisa. Ale o „Oh Mercy” poczytacie przeszukując archiwum bloga.
najlepszy moment: DEATH IS NOT THE END
ocena: 6/10
