Fatboy Slim – You’ve Come A Long Way, Baby
rok wydania: 1998
wydawca: Skint
zostajemy w Wielkiej Brytanii, kraju mlekiem i cudna muzyka plynacym.
Fatboy Slim. symbol brytyjskiej muzyki tanecznej lat 90tych. a moze nie tylko brytyjskiej. niestety, w przeciwienstwie do takich Prodigy czy Chemical Brothers, ktorzy sie jakos odnalezli w nowej dekadzie (jako tako, ale jednak), tak o Fatboy’u sluch zupelnie zaginal. byly jakies albumy, byl w sumie sredniacki moim zdaniem wystep na Open’erze, ale dzis – zupelna cisza. a o tzw Big Beacie, ktorego mial byc rzekomo ojcem chrzestnym, zupelnie sie nie mowi. no chyba ze w Polsce, ale to bynajmniej nie w zwiazku z Fatboyem.
ale jednak pod koniec lat 90tych to byl czad. nie zapomne jak pierwszy raz ujrzalem klip do „The Rockafeller Skank”, pierwszego singla promujacego jego drugi album, ktory to dzis omawiamy. moj dwunastoletni umysl oszalal. a potem nadchodzily kolejne single. juz nie tak kozackie muzycznie, ale teledyski to chlopak mial wyjebane jak malo kto. „Praise You”, przeciez no.
dobra, ale przypuscmy ze nikt nigdy nie slyszal o Fatboyu. nie sluchal radia, nie ogladal mtv, nie natknal sie na zadna z pierdyliarda reklam, w ktorych wykorzystano muzyke Normana Cooka (bo tak sie naprawde nazywa nasz glowny bohater). coz to jest wiec ten fatboy’owy big beat? hmmmm… wciaz uwazam sie za laika, jesli chodzi o powazna gadke nt muzyki elektronicznej. wiec pojade na tak zwany chlopski rozum- nie jest to na pewno pierdolniecie, ktore usatysfakcjonowaloby Hitlera i jego kompanow (no, ewentualnie pomijajac zamykajacy plyte „Acid 8000”). malo tez w tym w sumie rockowej ekspresji, ktora pozwalalaby napisac o Fatboyu w „Tylko/Teraz Rocku”. polamane to dosyc, ale nie az tak jak u Goldiego. gdybysmy mieli w jeden sposob wyroznic Fatboy’a to moglibysmy rzec, ze z calej rzeszy magicznych elektronikow ktorzy zainteresowali swiat w latach 90tych Fatboy byl najbardziej popowy. powiedzmy ze tanecznie-popowy, bez melancholijnych pierdol jak u Moby’ego. miesza chlopak calkiem porzadnie, eklektyzm osiaga monstrualne wymiary, sample sypia sie az iskrzy, ale wszystko i tak bezproblemowo wpada w ucho, wszystko w sluzbie hookow i melodii. czy bedzie to orientalizujacy z lekka „Right Here, Right Now”, czy kojarzacy sie z madchesterem „Praise You”, czy hiphopizujace „Gangster Tripping” i „You’re Not From Brighton” (ten drugi to juz oldskulowy HH niemalze), czy houseowy „Love Island” – ma byc przebojowo i tak, by sie dalo zatanczyc. chocby bregdensa czy innego polamanca. okej, nie dostarcza to wiekszych wrazen estetycznych. okej, malo to wyrafinowane, momentami wrecz rozrywkowe w tani sposob („Love Island” traci lekko Morenka, gdanszczanie wiedza o co kamon). a przede wszystkim – troche jednak to granie sie zestarzalo.
ale nie na tyle, by nie docenic tego, ze jesli chodzi o czysta rozrywke, to plyta jest swietna. taki Quentin Tarantino muzyki tanecznej. jestem na tak.
najlepszy moment: THE ROCKAFELLER SKANK
ocena: 8/10