Radiohead – Hail To The Thief
wydawca: Parlophone
mego prywatnego Radioheadowego revivalu ciag dalszy. choc akurat w przypadku „Hail To The Thief” tak znaczacej odswiezenia opinii nie bedzie – wciaz mysle o tym albumie bardziej jako rozczarowaniu anizeli arcydziele.
choc daj Boze czy ktokolwiek inny koordynujacy nasza ziemska egzystencje by kazdy zespol nagrywal TAKIE rozczarowania. bo to wciaz bardzo dobry album. a jednak po takim hattricku jak „Ok Computer”-„Kid A”-„Amnesiac”, nawet jesli nie kolejnego aktu geniuszu, to jednak mozna bylo spodziewac sie wiecej.
mnie osobiscie rozczarowuje juz pierwszy dzwiek. doslownie. bo pierwsze co slyszymy to podpinanie gitary, ktora zacznie wygrywac riff „2+2=5”. czyli co, znow rock? tak wlasnie, gitary znow zaczely dominowac, a calosc nakrocej daloby sie opisac jako brakujace ogniwo miedzy „Ok Computer” a „Kid A”. fani Radiohead postrzegajacy ich wciaz w kontekscie rockowych idoli odetchneli z ulga, dla mnie to jednak zawod – pomimo tego ze uwielbiam ten gatunek. oczekiwalem jednak, ze jakkolwiek by sobie nie radzili na tym eksperymentalnym polu – wciaz na nim pozostana, beda ponad rockiem, wiecej – ponad wszelkimi stylistycznymi podzialami. „HTTT” sprawia wrazenie, jakby panowie Yorke i spolka wystraszyli sie tego, co udalo im sie osiagnac na dwoch poprzednich wydawnictwach. ok, moze uznali, ze dotarli do swego rodzaju sciany – byc moze tak de facto sie stalo. ale czy w podobnej sytuacji nie znalezli sie po zarejestrowaniu „Ok Computer”? a jednak przeskoczyli sciane, zburzyli mur (a mury ruuuuuuna, runa ruuuuuuna…) i dotarli znacznie dalej. nie chce okreslac „HTTT” mianem regresu, ale na pewno nie jest to kolejne przelamywanie barier. a moze nawet pokorne odbudowywanie tych, ktore sie wczesniej zdewastowalo.
ok, ale jak juz wspomnielismy – da sie wybaczyc ten brak innowacyjnosci. w koncu ile mozna rewolucjonizowac muzyke? a jednak „HTTT” to dla mnie takze w znacznej mierze album zmarnowanego potencjalu. tytul, artwork, wykorzystanie gitar, po czesci tematyka tekstow, w ktorych dosc czesto przewija sie slowo „suck” w przeroznych jego odmianach, nawet przeklenstwa sie pojawiala… a gdyby uderzyc z innej flaneli i nagrac jedna wielka petarde wymierzona w polityczno-spoleczne systemy tego swiata, nowy „Never Mind The Bollocks”, tyle ze z muzycznym kunsztem blizszym „London Calling”? tez nic z tego, choc pare fragmentow brzmi rzeczywiscie mocarnie („Myxomatosis”, „2+2=5”, „A Wolf At The Door”). ktos powie, ze Radiohead nie przystoi chwytania sie takich oklepanych patentow jak polityka, konceptualnosc itp. no ok, ale lepsza jakakolwiek idea albumu niz zadna.
a ja naprawde nie wiem, co ta plyta chce nam przekazac. moze chodzi po prostu o zbior dobrych kompozycji? ok, tyle ze nie wszytskie tak mozna nazwac. nierowny ten album jak cholera, a przede wszystkim za dlugi. obok genialnych momentow (poza dwoma pierwszymi wczesniej wymienionymi, „Sit Down. Stand Up” ze swietnym jungle’owym finalem, cudownie zrytmizowany „There There” czy przede wszystkim kapitalny w swej zupelnej niepozornosci i prostocie „Where I End And You Begin”) sa fragmenty totalnie zbedne („I Will”, „Scatterbrain”, przegadany „A Wolf…”, „Backdrifts”). to nie sa jednoznacznie zle piosenki – bardziej niedopracowane, wybrakowane, nie trafiajace w sedno, a biorac pod uwage rozmach aranzacyjny – stanowiace podrecznikowy przyklad „przerostu formy nad trescia”.
zal, zal, zal… bo to w sumie ciekawa sprawa – takie „In Rainbows” sprawia wrazenie albumu z materialem, z ktorego wycisnieto najwiecej jak sie dalo, nawet jesli wcale nie sa to piosenki wiele lepsze niz te na „HTTT” i dlatego slucha sie go z przyjemnoscia (oczywiscie nieporownywalna do tej, jaka jest udzialem albumow Radiohead przelomu wiekow). a „Httt” mnie irytuje, ze mogl byc kolejnym absolutem w ich dyskografii a nie jest. wiem, rozterki nastolatka, dlatego koncze i ide ogladac el clasico.
(UPDATE Z 11.12.2011: byłem głupi i nikczemny, poza tym mialem zly humor, 8,5/10 jak nic)
najlepszy moment: WHERE I END AND YOU BEGIN
ocena: 8,5/10
