R.E.M. – Reckoning
rok wydania: 1984 (reedycja: 1992)
wydawca: I.R.S.
Dawno nie było tu o światowej klasyce rocka. Jeszcze dłużej – niemal równe trzy lata – fani R.E.M. musieli czekać na notkę o swoich ulubieńcach. Ale oto jest. Przez ten czas zespół zdążył się rozpaść, zatem dla tych, którzy wciąż nie pogodzili się z tą stratą, powspominamy początki zespołu.
Właśnie. Niesamowite, jak w świadomości przeciętnego słuchacza rocka ten początkowy okres działalności jest bezceremonialnie pomijany. A przecież mówimy tu o całej dekadzie działalności i siedmiu wydawnictwach! Jasne, brak większych przebojów zespołu w tym czasie może posłużyć za jakieś alibi. Ale jeśli w dyskursie na temat istotności R.E.M. w historii muzycznego odłamu pop-kultury biorą udział tylko płyty wydane pod egidą Warner Bros to coś tu jest nie tak. Absolutnie nie chcę tu dyskredytować tych albumów, a tym bardziej uderzać w lans typu „prawdziwy R.E.M. skończył się wraz z Losing My Religion”. Po prostu warto mieć w świadomości fakt, że sukces „Out Of Time” to nie był jakiś szczęśliwy traf debiutanta, lecz sukces konsekwentnie wypracowywany przez lata, setki koncertów i kolejne albumy o coraz większej komercyjnej sile rażenia.
Historycznym pierwszym „Murmurem” zajmiemy się przy innej okazji, pomówmy o jego następcy. Wydanym dość szybko, bo już rok później. Muzycy wprawdzie przebąkiwali coś o nacisku wytwórni, o takim tempie fonograficznego rozwoju zadecydowała przede wszystkim twórcza potencja. I to ona właśnie w pierwszej kolejności zwraca uwagę przy odsłuchu „Reckoning” (choć kapitalny sposób rejestracji, wywołujący wrażenie przebywania z muzykami w jednym ciasnym pokoju też robi wrażenie).
Songwriting to tak modny, a zarazem wyświechtany termin w Dziennikarstwie 2.0. Ale w kontekście R.E.M. nie da się na niego nie powołać. Bo albumy R.E.M., zwłaszcza te z lat 80-tych, to niemal songwriterski manifest, niczym „Idioci” dla Dogmy 95. Teoretycznie banalne w konstrukcji, schematyczne w folk-rockowej aranżacji (z naciskiem na to drugie) i konwencjonalnie zaśpiewane. W czym więc rzecz? W tym. Najlepszy przykład to wytypowany na pierwszy singiel „So. Central Rain”. Typowa R.E.M.’owa piosenka, tyle że w surowej wersji – i mam tu na myśli nie tylko produkcję, ale też samo wykonanie. Refren z zaśpiewem „I’m Sorry” jest tak prosty, że aż mogący stanowić argument dla akademików zajmujących się kulturą, z pogardą podchodzących dla wszelkiej muzyki nagranej po 1900 roku. Skoro jest więc tak banalnie, to czemu ściska za gardło przy każdym zetknięciu? Defloracja gustu wynikająca z o jednego za dużo repeatu „Ona Tańczy Dla Mnie”, czy może to ta osławiona w rockerskich kręgach Szczerość i Bezkompromisowość? Jedno jest pewne – lata 80-te to, wbrew obiegowej opinii, był cudowny czas dla muzyki gitarowej. Wiedzą o tym doskonale na Wyspach, ale i Ameryka miała czym się rehabilitować po wyczynach Bon Jovi.
W poprzednim akapicie za przykład mogłaby posłużyć większość piosenek z płyty (by wymienić choćby „Pretty Persuasion” czy „Second Guessing”), warto odnotować jednak kilka mniej typowych fragmentów płyty, zachwycających na swych własnych zasadach. „Time After Time (Annelise)” z orientem w warstwie rytmicznej i pracy gitar oraz pociągłym śpiewem Stipe’a pokazuje, gdzie należy szukać źródeł brzmienia „No Code” Pearl Jam. Najsmutniejszy w zestawie „Camera” porusza także bez znajomości kontekstu (tekst poświęcony zmarłemu przyjacielowi wokalisty). Dla odmiany „Harborcoat” to jeden z tych numerów emanujących tak pozytywną, piękną energią, że przestają dziwić opowieści tych, których muzyka R.E.M. rzekomo wyciągała z psychicznych, przesyconych samobójczymi planami dołków. No i jeszcze jest „(Don’t Go Back To) Rockville” – rzeczywiście, country rock. Co nie przeszkadza być mu jednym z najjaśniejszych punktów albumu.
Słuchasz tego albumu i rzeczywiście widzisz oczyma wyobraźni tych studentów amerykańskich koledżów w wyciągniętych swetrach, dyskutujących na trawie (dwuznaczność zamierzona) o poezji Eliota, francuskiej Nowej Fali i demówce tej kapeli, która dzień wcześniej dała świetny koncert w garażu na 20 osób. I to piękny obrazek w sumie. Ktoś powie „hej, u nas też są studenci!”. No tak. Tyle, że nasi adepci kulturoznawstwa katują płyty Strachów Na Lachy na przemian z Kultem. Taka tam różnica.
(Kilka słów o bonusach z reedycji z ’92 roku: „Wind Out” ma niemal punkowy wygrzew, a w tle chórki robią… menadżerzy zespołu, obecny i przyszły. „Pretty Persuasion” w wersji live, która niewiele się różni od oryginału. „White Tornado” to instrumental, w którym pierwszoplanową rolę gra perkusja – rzeczywiście o sile tornada. „Moon River” i „Tighten Up” to covery – pierwszy evergreenu ze „Śniadania U Tiffaniego”, a drugi… funkowego Archie Bell & The Drells)
najlepszy moment: SO. CENTRAL RAIN
ocena: 8/10