rageman.pl
Muzyka

Patryk Gałuszka – Biznes Muzyczny

Biznes-muzyczny_Patryk-Galuszka,images_big,31,978-83-7488-146-3rok wydania: 2009

autor: Patryk Gałuszka

 

Tym razem mocno nietypowa notka. O żadnej płycie ani filmie, nawet nie o meczu. Wprawdzie książki tu recenzowaliśmy, ale dotyczyły one wyłącznie (auto)biografii gwiazd muzyki.

A jednak wciąż będzie o muzyce. Tym razem jednak bohaterami będą ci, którzy traktują ją, w przeciwieństwie do artystów, wyłącznie jako źródło dochodów. Firmy fonograficzne.

Muzyka broni się sama, warto jednak wiedzieć, jak potężne zaplecze biznesowe za nią stoi. Tym bardziej, że de facto wszyscy jesteśmy częścią tego biznesu jako konsumenci produktów muzycznych. I mówiąc „wszyscy” nie mam na myśli tylko mnie i zaglądających na tego bloga pasjonatów muzycznych. Muzyka to zdecydowanie najpopularniejsza ze sztuk, ale muzykę konsumujemy praktycznie wszędzie – poprzez radioodbiornik w miejscu pracy, oglądając tv, także zwiedzając galerię handlową, a nawet jadąc windą. Można sobie wyobrazić człowieka, który nie widział ani jednej rzeźby czy nawet filmu, ale trudno sobie wyobrazić, by przez całe życie nie zetknąć się choć raz z muzyką. Choćby to czyni ją wyjątkową, ale zarazem  jest przyczyną potęgi wytwórni fonograficznych, czy nawet całych koncernów medialnych, których obszary działalności obejmują wydawanie muzyki oraz publishing. Przynajmniej do czasu pojawienia się Internetu.

Dr Patryk Gałuszka, który całą swą karierę naukową poświęcił zagadnieniom dotyczących kultury, w czytelny i optymalnie wnikliwy sposób prezentuję praktycznie całą historię fonografii. Począwszy od wstępu z zarysem prehistorycznym obejmującym wynalezienie druku przez Guttenberga, który to pozwolił wreszcie muzykę „zmaterializować”, poprzez rewolucyjne wynalazki Edisona (fonograf) i Berlinera (gramofon) umożliwiające utrwalenie w formie fizycznej muzyki jako takiej, a nie tylko zapisu nutowego, aż po „czasy klasyczne”, opierające się na schemacie „firma podpisuje kontrakt z artystą i wydaje jego muzykę na winylu/kasecie/CD, którą słuchacz kupuje w sklepie”. Jest o czym pisać, wszak dwa ostatnie etapy to, bagatela, całe stulecie. Gałuszka wykorzystuje jednak ten opis dziejów fonograficznych jedynie jako background, pomagający zrozumieć mnogość aspektów związanych z muzyką w dobie Internetu, który to okazał się być największym wrogiem fonografii, a kto wie czy nawet nie jej mordercą. Dla wielu słuchaczy, ale też i samych muzyków, byłby to wymarzony happy end. Wydaje mi się jednak, że wielu po przeczytaniu „Biznesu Muzycznego” wpisze się w poczet żałobników, być może nawet wbrew intencjom autora, który wydaje się być ogromnym entuzjastą zachodzących w biznesie muzycznym (na który poza fonografią składa się także branża koncertowa oraz zarządzania prawami autorskimi).

Powiem wprost – nie zamierzam w tej notce zawrzeć ani jednego słowa krytyki pod adresem Gałuszki i jego dzieła, jako że byłby to kosmiczny nietakt z mojej strony. „Biznes Muzyczny” to kopalnia wiedzy, a w kontekście praktycznie całkowitego braku konkurencji na polskim rynku (chyba że coś pominąłem, będę wdzięczny za uwagi) – rzecz unikalna, pozycja obowiązkowa, może nawet biblia dla wszystkich tych, którzy patrzą na Muzykę nie tylko jako relaksujący gadżet. A także, może nawet przede wszystkim, jest to kapitalny poradnik jak poruszać się w „muzycznym Internecie” – zarówno dla słuchaczy, jak i artystów pragnących samemu wydawać i dystrybuować swą twórczość. Tu jednak paradoksalnie objawia się jedyna słabość dzieła Gałuszki – kilka z tych porad odrobinę się zdezaktualizowało, jeszcze więcej nie zostało w ogóle uwzględnionych. Zaprzeczam sam sobie i temu, co mówiłem na początku tego akapitu? Nie, bo autor książki sam otwarcie deklaruje, że w związku z niesamowitą dynamiką rozwoju Internetu wręcz niemożliwe byłoby stworzenie w pełni aktualnego poradnika tego typu. Takowe musiałoby być wznawiane przynajmniej co pół roku.

Czy słuchacz, któremu zupełnie obcy jest aspekt biznesowy muzyki i niezbyt przykłada wagę do relacji sztuki z ekonomią i marketingiem znajdzie tu coś dla siebie? Jak najbardziej, o ile jednak chce choć trochę poszerzyć swą perspektywę. Dzieło Gałuszki na pewno nie ma na celu obdzierać Muzyki z jej idealistycznych szat pozbawionych zupełnie kolorów pieniędzy (o ile ktoś takowe chce wciąż widzieć). Pozwala jednak zrozumieć co np. miał na myśli Quincy Jones, kiedy mówił o zbawianiu fonografii podczas nagrywania „Thrillera”. Albo czy udział Deftones w talk show Conana O’Briena ograniczał się jedynie do wysłania zaproszenia. I kto tak naprawdę miał rację w konflikcie Metalliki z Napsterem.

To tylko kilka przykładów, poza tym pierwszym zresztą przywołanych w książce. One zresztą, poza oczywistą lekkością pióra Gałuszki, przyczyniają się do tego, że całość pochłania się niemal za jednym razem. Fajne także jest to, że poza przywoływaniem konkretnych „case’ów” Gałuszka potrafi w treść swego dzieła wpleść odniesienia do polskiej fonografii. Inna sprawa, że porównanie polskiego rynku muzycznego do jego światowego odpowiednika jest jak zestawienie kałuży z oceanem. I nie chodzi tylko o rozmiar. No, ale to już temat na inną książkę. Mam nadzieję, że napisaną przez Gałuszkę, który jak nikt w Polsce „czuje” ten temat.

 

najlepszy moment: –

ocena: –

Leave a Reply