R.E.M. – Document
rok wydania: 1987 (reedycja: 1993)
wydawca: I.R.S.
Człowiek zakładał maksymalnie dwudniową przerwę, aby poświęcić się sprawom okołozawodowym, w związku z czym żadnych zapowiedzi nie było. No ale jesteśmy, choć też na chwilę – mam nadzieję, że w przyszłym tygodniu wszystko już jednak wróci do normy. No, tyle prywaty. Wracamy do urwanego wątku R.E.M.
O albumach wydanych tuż po „Reckoning” porozmawiamy kiedy indziej, dziś robimy skok trzy lata w przód. „Document” to ostatni album wydany przed podpisaniem kontraktu z Warner Bros (czego pierwszym efektem był „Green” z 1988 roku), a zarazem pierwszy wyprodukowany przez renomowanego dziś Scotta Litta. Oba fakt mają ze sobą ścisły związek – „Document” to już brzmienie na poziomie światowym, a nie „koledżowym”. I choćby przez to czyniące z „Document” pomost między bezpretensjonalnymi, surowymi w wykonaniu i przekazie wcześniejszymi dokonaniami, a rockową klasowością, z jaką R.E.M. kojarzony jest dziś.
Często jednak dzieła znajdujące się „pomiędzy” mają to do siebie, że „gubią” zalety okresów czy też dzieł które rozdzielają, zarazem niewiele dając od siebie. I tak jest też z „Document”, choć, biorąc pod uwagę historyczne jej znaczenie oraz znane mi recenzje, jest to chyba opinia znajdująca się w mniejszości. Bynajmniej nie jest to zły album – takich R.E.M. nie nagrywał, a przynajmniej nie w minionym tysiącleciu. Ale przy takim bogactwie dyskografii nie ma szans, by znaleźć się na podium prywatnej hierarchii dokonań legendarnej ekipy z Athens.
Jak wspomnieliśmy jednak na początku – szeroko pojęta produkcja to już nie pozostawiająca wątpliwości ekstraklasa. Już „Finest Worksong” poraża soundem, a później jest jeszcze lepiej. Można wreszcie się przekonać, że jak na zespół nigdy nie polegający na groovie R.E.M. miało w składzie kapitalną sekcję rytmiczną („Lightnin’ Hopkins”), a Peter Buck to gitarzysta którego należy uwzględniać w rankingach dotyczących jego profesji, nawet jeśli bardziej celuje w czarowanie pojedynczymi zagrywkami aniżeli riffowe konstrukcje definiujące całość piosenki. Być może zasługą producenta jest także fakt, że wreszcie Stipe realizuje w pełni rolę frontmana, nie chowającego się za instrumentalną magmą. Nie pierwszy raz panowie sięgają po instrumenty spoza rockowego kanonu, jednak dopiero teraz ich partie naprawdę da się zauważyć (sax w „Fireplace”, dulcimer w „King Of Birds”). Dużo dzieje się też w warstwie kompozycyjnej – poszerzają definicję typowej piosenki R.E.M.”, a kiedy trzeba – sięgają po inspiracje spoza własnego podwórka. Dosłownie (cover „Strange” Wire), ale też w bardziej zakamuflowany sposób (czy tylko ja słyszę w zwrotkach „Oddfellows Local 151” Joy Division’owe „Passover”?).
Skoro jest tak dobrze, to skąd to wcześniejsze moje wybrzydzanie? Ano stąd, że mógłbym jeszcze mnóstwo rzeczy napisać o wymienionych dotychczas utworach, ale nie to, że zwyczajnie i tak po ludzki porywają. Tak się dzieje – podkreślam, w mojej opinii – tylko w dwóch momentach. Punkowo galopującym w zwrotkach i ujmujacym w refrenie „It’s The End Of The World As We Know It (And I Feel Fine)”, oraz pomimo swej dość prostej konstrukcji (albo i za jej sprawą) chwytający za gardło „The One I Love”. Dwa single, które nie tylko po raz pierwszy w historii R.E.M. podbiły listy przebojów, ale też zagwarantowały także dotąd niespotykaną, milionową sprzedaż całego albumu. Czy zasłużoną?
Niezależnie od odpowiedzi, jest to na pewno album, który wprowadził zespół na rockowe salony i zarazem nauczył ich, jak się na nich zachować.
najlepszy moment: IT’S THE END OF THE WORLD AS WE KNOW IT (AND I FEEL FINE)
ocena: 7,5/10