R.E.M. – Automatic For The People
rok wydania: 1992 (reedycja: 2005)
wydawca: Warner
moi drodzy, czas wrocic do tzw rock and rolla.
na szczescie wracamy do tego rocka najlepszego, stojacego ponad podzialami gatunkowymi. o R.E.M. pisalismy juz dwa razy, konkretnie o „Out Of Time” i „Monster”. pominelismy zatem plyte, ktora przydarzyla sie w miedzyczasie. dzis nadrabiamy zaleglosci.
z tym „miedzyczasem” to wcale nie przysada. fakty sa takie, ze material na „Automatic…” zaczal powstac niecaly rok po wydaniu „Out Of Time”, zatem chyba mozna mowic o pispiechu. a jesli uwzglednimy wielomilionowa sprzedaz „Out Of Time” (napedzona glownie powodzeniem „Losing My Religion”), to moznaby mowic wrecz o dyskontowaniu sukcesu. ile bylo w tym zamiaru zespolu, a ile wytworni – nie wiadomo. wiadomo jednak, ze zazwyczaj takie pospieszne historie koncza sie kicha. „Automatic…” robi za chlubny wyjatek. bo to album powszechnie uznawany za najwybitniejszy w dyskografii Stipe’a i spolki.
czy tak jest w rzeczywistosci? kurcze, prawdopodobnie jo. bo jesli posluzyc sie najbardziej obiektywnym kryterium – czyli sukcesem piosenek (niekoniecznie nawet na listach przebojow) – to „Automatic…” wypada najlepiej. tu jest „Man On The Moon” – numer obecny na KAZDYM koncercie R.E.M. (oczywiscie kazdym po wydaniu „Automatic..”). tu jest „Everybody hurts”, ktorego wplyw siega daleko poza granice Muzycznego Landu – patrz tegoroczne wykorzystanie go w akcji charytatywnej dla ofiar haitanskiej tragedii czy w kampanii sprzed lat dotyczacej samobojstw. tu takze znalazl sie „Nightswimming”, w bardziej zaawansowanych kregach fanow R.E.M. uchodzacy za najpiekniejszy numer w repertuarze zespolu. nie wspominajac juz o tym, ze to z tej plyty wykrojono najwiecej singli, co znalazlo odzwierciedlenie chocby na bestofowym „In Time”. zreszta na listach przebojow ladoaly stad numery takze te spoza malych plytek, jak „Ignoreland”.
wiadomo, jesli wlodarze w mediach wtlaczaja ci nieustannie te melodie, czasem nawet wbrew Twojej woli, to chocby byly to Najlepsze Piosenki Swiata zagrozenie zjawiskiem „przejedzenia sie” bywa spore. a fakt jest taki, ze nawet ktos kto nie mial tej plyty w reku moze znac polowe piosenek sie na niej znajdujacych. niemniej jesli wyjsc z (slusznego chyba) zalozenia, ze w R.E.M. zawsze chodzilo o Piosenki, to argumentacja z poprzedniego akapitu jest nie do podwazenia. by ja wzmocnic dodajmy jeszcze, ze to jednak „Losing My Religion”, tutaj nieobecny, moze robic za Najbardziej Oklepany Track R.E.M.. a takze to, ze nic tak glupawego jak „Shiny Happy People” tu nie znajdziemy (choc „The Sidewinder Sleeps Tonite”, inspirowany „The Lion Sleeps Tonite”, bardzo sie stara).
zaskakujacy jest odbior tej piosenki wsrod masowej, badz co badz, publicznosci jesli wziac pod uwage pesymistyczny klimat tej plyty. nie tak pesymistyczno-ciezki jak na pozniejszym „Monster”, ale i tak blizej tu wylewaniu lez niz bieganiu po lace. na „Out Of Time” najbardziej wyrozniajacy sie utwor („LMR” rzecz jasna) byl odosobniony w radosnej atmosferze tamtego albumu. tu zachodzi sytuacja odwrotna – ktos kto siegnie po „Automatic…” za sprawa „Man On The Moon” moze juz odpasc po otwierajacym stawke „Drive” (skadinad genialnym, tu warto wspomniec o kapitalnej robocie John Paula Jonesa, za ktorego sprawa w czterech utworach pojawiaja sie orkiestralne dzwieki. a im dalej w las tym nawet „gorzej”. nawet jesli wyjdziemy ze sprzyjajacych samobojom klimatom, to wchodzimy w politykowanie („Ignoreland”). jesli nie ma ani polityki ani dobijajacych melodii, to sa aranzacje przyswajalne po wielokrotnym dopiero zetknieciu („Star Me Kitten” – warto wylapac wersje z wokalem Williama S. Burroughsa, znajdujacym sie na omawianym juz na blogu soundtracku z „X-Files”).
sam padlem ofiara wspomnianego „przejedzenia sie”, przez co nie potrafie juz sie emocjonowac tymi piosenkami jak kiedys, a co wiecej – kluja mnie jeszcze bardziej w oczy wady tej plyty (takie smuty – doslownie i w przenosni – jak „Sweetness Follows” powinny byc zabraniane). niemniej 8,5/10 to najnizsza ocena, jaka mozna dac „Automaticowi…”
(watek dla gadzeciarzy – reedycja z 2005 [w tym roku wydano powtornie wszystkie WarnerBros’owe plyt R.E.M.] poza krazkiem podstawowym zawiera takze dvd, gdzie mozna odsluchac plyte w systemie surround. az tak wyjebanym sprzetem hifi nie dysponuje, wiec nie oceniam zabiegu. warto przyjrzec sie natomiast ciekawie zrobionemu filmowi promocyjnemu. zwlaszcza po Michaelu widac, ze plyty nie nagrywali muzycy przepelnieni energia, jaka moze dostarczyc komercyjny sukces. a inaczej rzecz ujmujac – nie dziwie sie tym ktorzy mysleli, ze Stipe w tym czasie umieral.)
najlepszy moment: MAN ON THE MOON
ocena: 8,5/10