Quincy Jones – The 75th Birthday Celebration
wydawca: Eagle Vision
trudno sobie wyobrazic, ze Krol Popu moglby kogos miec nad soba. mentora, mistrza, jakkolwiek by to nazwac. a jednak jesli mielibysmy szukac w innych niz sam Michael Jackson osobach przyczyn jego Sukcesu, musialoby pasc jedno nazwisko. moze nawet jedna literka, ktora dla wszystkich fanow Muzyki stala sie trademarkowa. „Q”.
juz kilkakrotnie na tym blogu wglebialismy sie w geniusz postaci Quincy Jonesa, wiec przejdzmy od razu do meritum. z okazji – bagatela – siedemdziesiatych piatych urodzin Mistrza Aranzacji odbyla sie impreza celebrujaca zaslugi tego Pana. choc Q to symbol czarnej muzyki, sama impreza odbyla sie w kraju niekoniecznie kojarzacym sie z urban soundem. choc Montreux to dosc nietypowy punkt na mapie Szwajcarii. ale dla fanow muzyki wszelakiej na pewno jego najslynniejszy. i choc pelna nazwa odbywajacego sie od ’67 roku festiwalu ma w nazwie „Jazz”, wystepowaly na nim tez tacy wykonawcy jak Korn, Jamiroquai czy Tori Amos.
ale jesli chodzi o samego Jonesa – trudno sobie jednak wyobrazic lepsze miejsce urodzin. raz, ze mimo wszystko festiwal glownie jest kojarzony z jazzem. w rownym zreszta stopniu co sam Q, pomimo licznych wycieczek stylistycznych. sam tez Q wielokrotnie goscil na szwajcarskim festiwalu, w miedzyczasie nawiazujac przyjazn z jego glownodowodzacym, Claude Nobsem. no i pomimo slawy tego miejsca, wciaz jest to raczej event dla wybrancow, nie cieszacy sie taka slawa jak woodstock czy roskilde.
w elitarnym miejscu elitarna impreza. moznaby wrecz powiedziec ze kameralna. bo choc o benefisie z takim rozmachem polscy specjalisci od tego typu imprez mogliby pomarzyc, to w globalnej, celebryckiej skali to nie jest jakis wielce wypasiony event. statystycznemu sluchaczowi muzyki nazwiska gosci (przynajmniej tych udzielajacych sie na scenie, bo wsrod samej publiki da sie dostrzec m.in. Chrisa Tuckera czy Pharrella) solenizanta nic by nie powiedzialy. nawet najblizszy wspolczesnemu mainstreamowi Paolo Nutini to dla twojej mlodszej siostry Totalna Alternatywa. a co dopiero powiedziec o Mick Hucknallu, Chaka Khan, Angelique Kidjo, Petuli Clark, Al Jarreau czy Herbie Hancocku…
no wlasnie. kogos ten ciag nazwisk moze obchodzic tyle co zeszloroczny snieg, ale „wtajemniczonych” moze przyprawic o wycienczajacy orgazm. a wymienilem zaledwie umalek wykonawcow tego ponad dwugodzinnego koncertu. co utwor to praktycznie inny wokalista, a takze instrumentalista (jesli akurat dany numer wymaga jakiejs popisowki). choc oczywiscie jest pewien wspolny mianownik wszystkich tych wykonan, trzymajacy to wszystko w kupie. na te okolicznosc zrzeszony pod nazwa Montrux In The House Band,w jego skladzie m.in. mozg projektu Greg Phillinganes czy wszedobylski Paulinho Da Costa. jesli chodzo o samych wokalistow, to moznaby wyroznic Patti Austin, ktora na scenie pojawia sie najczesciej, przez co moznaby ja uznac za swego rodzaju konfenansjera wieczoru. ona tez jako pierwsza „daje” glowny wokal w otwierajacym wieczor slynnym temacie z „The Good, The bad and The Ugly”. a juz robi sie pieknie…
pieknie, bo pierwsza czesc koncertu (dwie plyty dvd) to w sporej mierze starsza pozycje w producenckiej dyskografii Quincy’ego. i tez najspokojniejsze. nie brak tu pieknych wykonan jak „Moody’s Mood” czy „Miss Celie’s Blues”. wniebowzieci beda fani dzwiekow spod znaku „wino, kobiety i swieczki”. dla mnie takie natezenie spokojniejszych tonacji okazuje sie troche usypiajace. wigoru koncert nabiera pod koniec pierwszej plyty, przy Marvin Gaye’owym „What’s Going On”.
druga czesc to juz zupelnie inny klimat. tu wlasnie znalazl sie potezny „State Of Independence” w wykonaniu Kidjo czy zawsze bujajaca „Ai No Corrida”. kosmiczny groove z tytulowego tracka z „The Dude” w wykonaniu Al Jarreau. sliczniutki „Strawberry Letter 23” w wykonaniu rownie sliczniutkiego Paolo Nutini’ego. no i a capella popis w wykonaniu Naturally 7, w ktorych repertuarze znalazl sie rowniez fragmencik „Billie Jean” Wiadomo Kogo. a pod koniec cos, co – jak sie okazuje – nie tylko polscy wykonawcy upodobali sie przy wszelkich wiekszych eventach. czyli gremialne wykonanie na zakonczenie „Stuff Like That”.
uczta dla Ucha. a troche takze dla oka. bo niektore chorzystki to dziewuszki typu palce lizac. a same szwajcarskie widoczki, widoczne w bonusowym filmiku „Thank Q”, silnie sugeruja gdzie moznaby spedzic najblizszy (hehehehehe) Urlop.
najlepszy moment: STRAWBERRY LETTER 23 (FEAT. PAOLO NUTINI)
ocena: 8/10
