Queens Of The Stone Age – Era Vulgaris
rok wydania: 2007
wydawca: Rekords Rekords
wracamy do gitar.
przyznam ze mam z Queens Of The Stone Age spory problem. z jednej strony uwielbiam Josha Homme za to, ze z QOTSA pielegnuje jak zaden inny zespol nalog tysiecy maniakow uzaleznionych od dzwiekowej mixtury, potocznie zwanej stoner rockiem, wywolany muzyka Kyussa. z drugiej strony wciaz trudno pozbyc sie zalu o to, ze QOTSA nie jest Kyussem. tak jakby dziewczyna z Toba zerwala, w zwiazku z czym wiazesz sie z jej siostra. wierzac ze zastapi Ci utracona milosc. i koniec koncow zakochujesz sie, ale tylko w tych cechach jej charakteru i wygladu wspolnych dla tego rodzenstwa. przyznacie, niefajna sytuacja. ale trzeba w koncu sie ogarnac i dostrzec, ze QOTSA to osobny twor. osobna jednostka. ze to krolowa, ktora moze zawladnac Twym sercem na swoj wlasny sposob. i tak, mam nadzieje, stanie sie za pomoca „Era Vulgaris”.
bo owszem, jest tu sporo podobienstw do debiutanckiego krazka QOTSA, ktory juz chyba na zawsze pozostanie tym moim ulubionym. przede wszystkim – przyswajalnosc materialu. owszem, QOTSA nigdy nie byli nachalnie przebojowi. ale kontakt z EV przypomnial mi to co czulem obcujac z plytamy Kyussa – to przebijanie sie przez psychodeliczna mgielke i pustynny piach w poszukiwaniu kapitalnej melodyki. na EV moze tej pustyni wiele juz sie nie ostalo, ale przebicie sie przez brzmieniowa bariere juz dawno nie wymagalo u QOTSA takiego wysilku jak na EV. ale ile radosci, gdy w koncu osiagnie sie cel! raczej nie mozna bylo nigdy zarzucic Joshowi chodzenia na kompromisy, ale trudno oprzec sie wrazeniu, ze dostarczyl obecnemu wydawcy, Universalowi, najmniej przyjaznie brzmiacego materialu (debiut byl wydany jeszcze w niezaleznym labelu). byc moze przysluzyl sie temu powrot za konsolete Chrisa Gossa, nie bez przyczyny nazywany ojcem stoner rocka.
czas jednak dostrzec, zaakceptowac, polubic i w koncu pokochac to, co stanowi sedno muzyki nowego zespolu Josha. swoja droga taki lekki paradoks – tak sie sklada, ze moim najulubienszym numerem QOTSA (z debiutanckiej plyty, a jakze) jest „If Only”. rodzynek z bardzo Kyussowo brzmiacych poczatkow Queensow, ktory mozna uznac jako ten numer, ktory wskazal droge ku osiagnieciu calkowicie wlasnemu soundowi tej kapeli. a wspominam o nim dlatego, ze kawalek ten bardzo by pasowal do repertuaru Era Vulgaris, jak do zadnej innej plyty QOTSA. prosty rockendrollowy riff, bardziej punk rockowy niz black sabbathowy (choc przefiltrowany przez unikalny styl Homme’a), charakterystyczna motoryka, a wszystko to spowite garazowym soundem. no, takim garazem umieszczonym na pustyni. sporo tu numerow pasujacych do tej definicji, zwlaszcza w pierwszej czesci materialu. z genialnym, choc chorym i przerazajacym ciut w klimacie przebojem tej plyty, nazwanym, nomen omen, „Sick, sick, sick”.
oczywiscie nie jest tak, ze chlopaki przypomnieli sobie o swietnym swym kawalku z przyszlosci i postanowili wszystkie zdobyte w miedzyczasie doswiadczenia rzucic precz, poczyniajac dziwnie rozumiany „powrot do korzeni”. „If Only”, choc mentalnie wpasujacy sie w „EV”, bylby tutaj najprosciej brzmiacym kawalkiem. bo reszta jest znacznie bardziej „przypimpowana”, wypasiona. nawet jesli tworza kawalek od biedy wpasowujacy sie w schemat „zwrotka-refren-zwrotka-refren-mostek-refren”, to dorzucaja np mechanicznie brzmiacy wokal „I’m designer”, albo buduja riff ze sprzezen i innych bajerow godnych toma morello („Misfit Love”). w takim towarzystwie to nawet urzekajacy, ciut balladowy w wyrazie i z cudnie soulujacym refrenem „Make It Wit Chu” (wziety, by bylo smieszniej, prosto z pustyni – „Desert Sessions”) sprawia wrazenie dziwaka.
jest tu tez grupa numerow, w ktorych rozgryzanie nie tylko melodii, ale i samej struktury moze stanowic wyzsza szkole jazdy. w ktorych kontekscie mozna uzyc sformulowania „progressive rock”. w tej kwestii rzadza „Run, Pig, Run” czy przede wszystkim dorzucony bonusowo „The Fun Machine Took A Shit & Died”. spokojnie jednak, blizej temu do King Crimson niz Yes. czyli szalenstwo bardziej niz teatr.
czyli co? wypas moim zdaniem, choc nie od razu tak uznalem. wypas, choc w duchu to punkowa mimo wszystko plyta. gdzie mimo brzmieniowego bajeru clou programu stanowi trzech panow – Troy Van Leeuwen, Joey Castillo (dzieki temu panu wcale a wcale nie tesknie za Davem Grohlem) i oczywiscie Josh Homme. jesli chodzi zreszta o wokalne kwestie, to akurat tutaj mamy teatr jednego aktora, czyli Josha wlasnie. na tyle efektywny (i efektowny), ze nawet nie zal, ze gesto udzielajacego sie na poprzednich cd QOTSA Marka Lanegana slychac (i to calkiem slabo) tylko w jednym utworze (skadinad srednim „River In The Road”). podobnie zreszta za symboliczny mozna uznac wystep Juliana Casablancasa w „Sick, Sick, Sick”. symboliczny, choc znamienny. bo udzial lidera The Strokes, czolowego reprezentanta nowej rockowej rewolucji potwierdza to, ze choc QOTSA tworzy calkowicie wlasna muzyke, to ladnie wpasowuja sie w to, czym dzisiejsza rockowa scena stoi. gdyby np taki „3’s & 7’s” troche „komercyjnie podrasowac”, spokojnie moglby znalezc sie w repertuarze The Hives (choc poczatkowa zagrywka gitary kojarzy mi sie natretnie z „Smells Like Teen Spirit”). ciekawe, jak wypadnie Homme jako producent Arctic Monkeys…
najtrudniejsza najprawdopodobniej plyta QOTSA. pomimo to (a moze wlasnie przez to?) byc moze tez najlepsza od czasu debiutu. Queens Of The Stone Age najlepszym zespolem wsrod kapel rockowych i najbardziej rockandrollowa zaloga wsrod najwiekszych wykonawcow dzisiejszej muzyki – to bez watpienia.
najlepszy moment: SICK, SICK, SICK
ocena: 8/10