Akon – Trouble
rok wydania: 2003
wydawca: Street Records Corporation
moze statystyki notek na to nie wskazuja, ale rap lubie niewiele mniej od gitar. byl zreszta czas, kiedy te proporcje byly odwrotne. jakos tak sie tez zlozylo, ze jesli chodzi o produkcje hiphopowe to nie potrafie byc tak krytyczny jak wobec rockowych czy metalowych. no ale tez sa kurwa jakies granice. dzis porozmawiamy o Akonie.
pamietam, ze pare lat temu na jakims minimelanzu z telewizorem w roli glownej, w pewnym momencie polecial na vivie przedziwny numer. w refrenie sampel puszczony na przyspieszeniu, brzmiacy jak jakis r. kelly czy inny lerek ktory przez pomylke nawciagal sie helu zamiast koksu. w zwrotkach murzyn brzmiacy maxymalnie pizdowato, tak przez barwe glosu, umiejetnosci raperskie jak i sam tekst piosenki. rzut okiem na info pod koniec teledysku. a ze wzrok nienajlepszy to widzac 4 literki wniosek moj mogl byc tylko jeden – NANA SIE REAKTYWOWAL!! jesli ktos wychowywal sie w latach 90tych to zapewne pamieta ten germanski wynalazek promowany na vivie, gdzie czarnoskorej wersji norbiego towarzyszyl operowy zaspiew „he’s coming he’s coming he’s heeeere have no feeeear!”. straszne to bylo. pocieszeniem bylo jednak to, ze drugi raz ten numer nie przejdzie i ta nowa reinkarnacja Nany zniknie rownie predko co jego poprzednik.
minely jednak dwa lata, znow wlaczam telewizor i co widze? ten sam Murzynek podspiewuje w teledysku z Eminemem! a w kolejnym lansuje sie obok Gwen Stefani. nagle ten Akon/Nana zaczal sie pojawiac w co drugim teledysku i to z topowymi wykonawcami! „WHAT DA FUCK?” pomyslalem. czy to jakis sposob na pozyskanie lokalnej publiki poprzez zadawanie sie z jej najwieksza gwiazda? ale od kiedy Senegal (bo stad, jak sie okazalo, pochodzi nasz bohater) jest jakims specjalnie dochodowym rynkiem dla amerykanskich gwiazd? (nie ublizajac sympatycznemu kraju jakim jest niewatpliwie Senegal) a moze masonski spisek, zydowskie lobby, ktore swego czlowieka dla niepoznaki pomalowalo na czarno? niby rysy nic na to nie wskazuja, choc… dobra, nie bedziemy tu AndrzejBuda’owac, ale naprawde, zjawisko pod tytulem Akon jest przerazajace.
bo koles reprezentuje soba dokladnie wszystko to, czego w hiphopie (zakladajac ze mozna to nazwac hh’em) nienawidze. sztucznie do granic przyzwoitosci brzmiace podklady, totalnie wyprute z energii i jakiegokolwiek kozactwa. i pal licho, ze facet sam sobie te wszystkie podklady pisze (byc moze to podoba sie jego licznym wspolpracownikom), pal licho ze slychac w nich wplywy world music. okej, moze pare trackow ujdzie. ale muzycznie. bo jesli chodzi o wokalna strone to juz nie ma litosci. ja wiem, barwy glosu sie przy narodzinach sobie nie wybiera. ale NIGGA, PLEAZZZ!!! jeszcze brzmi to w miare przekonywujaco, kiedy chodzi o piosenki typu „black power”. no tu chyba wie o czym mowi. ale jesli typ tym swoim glosikiem zapodaje gangsterskie teksty i biadoli o tym jakie ciezkie jest zycie w wiezieniu, to po prostu… no ja mysle, ze ja chyba wiem czemu mu tak ciezko bylo w tym wiezieniu… a gdybym byl kobieta, to jesli facet zaserwowalby mi piosenke typu „Lonely” (o ktorej mowilismy pare akapitow wczesniej) jako argument ku temu by do niego wrocic, to oskarzylabym go o naruszenie dobr osobistych i gwalt na psychice. dramatem jest to takze, ze facet uznal, ze ten patent z „helowym glosikiem” idealnie pasuje do jego wizji rapu i stosuje go czesciej. DRAMAAAAT KUUURWAAAA.
dlaczego wiec koniec koncow taka wysoka ocena? bo mimo wszystko pare kawalkow kwalifikuje sie jako „guilty pleasures” (np „Journey” z fajna partia gitary). i dlatego ze mimo wszystko sa gorsi. ba, wybaczylbym nawet Akonowi bycie Akonem, gdyby robil sobie ta swoja odmiane rapu gdzies tam z boku i nikomu nie przeszkadzal. w koncu kazda potwora znajdzie swego amatora. robienie jakiegokolwiek wiekszego szumu wokol Akona powinno byc jednak karalne. bo to naprawde bardzo sredni zawodnik jest.
najlepszy moment: JOURNEY
ocena: 5/10