PJ Harvey – Stories From The City, Stories From The Sea
rok wydania: 2000
wydawca: Island
jesli istnieje taki gatunek ludzki jak Artysci – zdania wszak na ten temat sa podzielone – i jesli glowna cecha takowego mialoby byc ciagle poszukiwanie, eksperymentowanie a nawet redefinowanie swego stylu, to Polly Jean Harvey jest wrecz archetypem Artysty. kobieta, ktora przy okazji KAZDEJ swej plyty zaskakuje, zmienia swe oblicze, jednoczesnie pozostajac wciaz soba. yep, to jest Sztuka. w tym przypadku naprawde mozna uwierzyc, ze w kontrakcie PJ z wytwornia byla gwarancja calkowitej wolnosci artystycznej.
to banalne spostrzezenie, ale kto by pomyslal, ze dwa lata po neurotycznej, dolujacej „Is This Desire?” otrzymamy od brytyjki taki album jak „Stories…”? album najzwyczajniej w swiecie ladny, licznymi momentami wrecz przepiekny, w sporej mierze wyciszony, a gdzieniegdzie nawet tchnacy optymizmem? nie mowiac juz o tak oczywistej kwestii jak odmiana wizualna – zreszta juz wczoraj wspominalem, ze PJ z tego okresu to dla mnie Ideal Kobiety. oczywiscie uwzgledniajac obezwladniajacy magnetyzm bijacy chocby z fotek, osobowosc i tym podobne pierdoly.
jest no na tyle zaskakujaca plyta, ze do dzisiaj sporo osob nie wie co o niej sadzic. niby laureat Mercury Prize i nominacji Grammy, niby ostatnio znalazla sie w wielu rankingach podsumowujacych dekade, dla niektorych nawet szczytowe osiagniecie, ale rownie czesto probuje sie ten album dyskredytowac mianem popowej i obstawiac przy opinii, ze pierwsze trzy plyty byly najlepsze. inna sprawa, ze rzeczywiscie obiektywny wybor najlepszej plyty PJ to zadanie niemozliwe.
wlasnie, zostanmy przy tej opinii na temat popowosci krazka. ktora jest rownie kontrowersyjna, co moim zdaniem zwyczajnie nietrafiona. choc moze wynika to z tego, ze ja nie rozumiem do konca zastosowania tego terminu. bo co, ze wiecej zapamietywalnych melodii? ze przystepniejsza w odbiorze? ze aranzacyjnie nie tak wymagajaca? nawet jesli skala porownawcza ma byc tworczosc samej PJ, to i tak nie przemawia do mnie zastosowanie takieog epitetu.
bo po pierwsze – jedyne pytanie, na ktore mozna zdecydowanie twierdzaco odpowiedziec, jest to dotyczace aranzacji. zrezygnowano z przytlaczajacej produkcji Flooda (adekwatna ksywa, nie ma co), za cala plyte – poza PJ rzecz jasna – odpowiada wyprobowana dwoj Rob Ellis i Mick Harvey. i to zarowno jesli chodzi o produkcje, jak i partie instrumentalne. ktore ograniczaja sie w wiekszosci przypadkow do rockowego minimum gitara-bas-perkusja. wiecej dzieki temu powietrza w tych kompozycjach, choc rzeczywiscie w porownaniu z eklektycznym „Is This Desire?” moznaby mowic nawet o kroku do tylu w tej kwestii. jest to tez o tyle ryzykowane posuniecie, ze w przypadku kiedy nie broni sie sama melodia, to nie ma na czym innym zawiesic ucha. co jednak sie tu niestety zdarza, choc upodobanie do melodii to mocno subiektywna sprawa.
po drugie – jakikolwiek epitet, nowy w kontekscie postaci Pj Harvey, by tu nie przywolac, nie da sie go zastosowac w calej rozciaglosci plyty. sporo tu momentow, w ktorych, jak to sie mawia, odzywa sie stara dobra PJ Harvey. w „The Whores Hustle And The Hustlers Whore” przede wszystkim za sprawa wokalu, a w „Kamikaze” za sprawa dzwiekowego rozbestwienia, bliskiemu plyty poprzedniej. sa tu tez utwory, ktore bez specjalnie licznych poprawek moglyby trafic na albumy, za ktore odpowiadal Albini. „This Is Love” przede wszystkim, ale w sumie nawet chwytliwy „Good Fortune” czy moj absolutny faworyt, otwierajacy calosc „Big Exit”.
wypadaloby poswiecic osobny akapit numerom, w ktorych znacznie glowna bohaterke wspomogl Thom Yorke (Radiohead, rzecz jasna). najbardziej slyszalny (PJ tu wlasciwie tylko wtoruje) w pieknie neurotycznym, a przez to chyba nablizszym macierzystej formacji (klimatycznie okolice Kid A nawet, acz aranzacyjnie to jednak „The Bends” conajwyzej) w „The Mess We’re In”. w minimalistycznym „Beautiful Feeling” czy „One Line” to juz wspomagajace, „choralne” wokale (w „One Line” tez odpowiada za partie klawiszy), jednak i w takiej formie potrafi dostarczyc dreszcze. nie sposob sie rozmarzyc, jak moglaby wygladac cala wspola plyta, na ksztalt tych poczynianych przez PJ z Parishem.
jak napisalem wczesniej – wyroznianie czegokolwiek w kontekscie tworczosci PJ – piosenki badz calej plyty – jest praktycznie niemozliwe. kwestia oczekiwan. „Is This Desire?” to emocjonalny rollercoaster, ktory pozwala sprawdzic, czy potrafimy jeszcze przezywac muzyke, nawiazac emocjonalna nic porozumienia z artysta. jesli jednak uwielbiamy zestawienie piekne melodie+niebanalne aranzacje, to rzeczywiscie „Stories…” mozna uznawac za Harvey’owy hajlajt. no i w kontekscie pozniejszych plyt – warto miec ten w pamieci ten jedyny moment, kiedy PJ emanowala pozytywna energia. reasumujac – plyta wybitna.
najlepszy moment: BIG EXIT
ocena: 9/10