PJ Harvey – Is This Desire?
rok wydania: 1998
wydawca: Island
a od dzis bedziemy nadrabiac zaleglosci w temacie panny PJ Harvey.
z trojcy zenskich songwriterek Bjork-Tori Amos-PJ Harvey (tego zestawienia nie wymyslilem ja, jeno osoby odpowiedzialne za sesje zdjeciowe w „Q”) skumanie tworczosci tej ostatniej przyszlo najpozniej. i wlasciwie z racji tego umiejscawiam ja wciaz w swej prywatnej hierarchii najnizej. z drugiej jednak strony – to wlasnie jej kariera wydaje sie najciekawsza, a gdyby wyciagnac srednia jakosciowa z wszystkich plyt z jej udzialem, to wypadlaby najlepiej. no i nie wiem, moze ja mam dziwny gust, ale w okresie „Stories from…” pod wzgledem urody dystansowala ona swe kolezanki o pare kilometrow.
dzis jednak zajmiemy sie wczesniejsza o 2 lata „Is This Desire?”. czy to najlepsza plyta? nie wiem. na pewno najdziwniejsza, najciezsza… najciekawsza?
akurat ta pani nigdy nie tworzyla albumow podnoszacych na duchu, jednak w tym przypadku az naprawde mozna poczuc sie wrecz nieswojo. nie wiem jak to bylo z tym rozstaniem z Nickiem Cave’m, ale sluchajac tych 12 piosenek az chce sie czlowiek uniesc meskim honorem, skoczyc do australii i naklepac typowi za to co uczynil Polly Jean. nawet jesli w samych tekstach nie ma tu jakichs specjalnie bezposrednich nawiazan do minionego zwiazku, to klimat calosci nie pozostawia watpliwosci – obcujemy z osoba na skraju emocjonalnego zalamania. a moze nawet juz nie na skraju.
z drugiej strony – trudno nie poczuc jakiejs lekkiej wdziecznosci dla autora „Murder Ballads” za to, jak inspirujaca podzialal na PJ. choc podziekowania naleza sie bardziej tym, ktorzy osobiscie podpisali sie pod wykonaniem tych piosenek. niby w znakomitej wiekszosci to te same osoby, ktore znamy z listy plac „To Bring You My Love” (Flood, John Parish, Mick Harvey, by wymienic kilku), ale slychac jednak roznice w tym, co poczyniaja instrumenty, jak z soba wspolgraja i jak to wszystko brzmi. oczywiscie takie a nie inne wykonanie i brzmienie zostalo podyktowane trescia piosenek, ktorych znow wylacznym autorem jest PJ, ale jednak…
za duzo miejsca zajeloby wymienianie wszystkich wyrozniajacych sie patentow aranzacyjnych, inspiracji, kapitalnych partii intrumentow itp itd. niemniej sprobujmy. mechaniczny „Joy” to czysty industrial. mowiac czysty industrial mam na mysli deflorujace bebenki uszne dokonania europejskich psychopatow sprzed 3 dekad, a nie np Nine Inch Nails. w podobnym klimacie, choc z punkowo (taniecznie?) podkreconym tempem, pozostaje moj ulubiony „No Girl So Sweet”. „The Wind”, z racji spokojniejszego, choc rownie siadajacego na banie nastroju, traci natomiast kolaboracja z Tricky’m na wydanej w tym samym roku „Angels with dirty faces”. „The Garden” tez ma w sobie sporo triphopowego klimatu, choc ten akurat bardziej kojarzy sie z Portishead.
generalnie jednak plyta stoi znacznie zmniejszonym udzialem gitary elektrycznej. na tyle, ze mozna miec watpliwosc, czy w ogole jest sens klasyfikowac calosc jako rock, nawet w jego mega szerokim ujeciu. nawet jesli momentami PJ przestaje wypruwac sobie zyly, to siega np po instrumenty klawiszowe, jak np w cudnej „Angelene” (wstyd sie przyznac, ale docenilem ten utwor dopiero po tym, jak potraktowal go – skadinad w calkiem niezlym stylu – nasz Hey). ten numer to zreszta chyba jedyny naprawde ladny, wrecz przebojowy ffragment plyty. niby refren „A Perfect Day Elise” tez zapada w pamiec, ale aranzacja jest tak gesta w nim, ze sluchaczy Trojki raczej by wystraszyla, nie mowiac juz o psychofanach Eski czy innej Zetki. natomiast „The River” czy „Catherine”, choc tez bez oporow krusza serce, to brakuje im bardziej wyrazistej linii melodycznej.
zadnego przerostu formy nad trescia nie ma, jak to gdzieniegdzie zwyklo sie mowic o „Is This Desire?”. piekna plyta i tyle.
najlepszy moment: ANGELENE
ocena: 8,5/10