PJ Harvey – Good Fortune
wydawca: Island
w ramach (tymczasowego) zamkniecia tematu Polly Jean Harvey – suplement. czyli omowienie singla.
PJ singlowa artystka (no chyba ze mowa o innym znaczeniu slowa „singiel”, hehe) nie jest, niemniej i jej trafil sie przeboj. czyli „Good Fortune”, oczywiscie pochodzacy z „najbardziej popowej” plyty artystki, „Stories from the city, stories from the sea”.
okej, moze nie jest to casus zblizony do Chylinskiej, ale gdyby nasza glowna bohaterka urodzila sie w Polandii, to zostalaby oficjalnie zrugana, zbanowana i skazana do pracy w kamieniolomach za wykrecenie takiego numeru. numeru bezwstydnie przebojowego, zapamietywalnego, rozspiewanego, a co najgorsze – optymistycznego. i choc podkladu nie robil Plan B i wciaz jest gitarowo, to i produkcja niespecjalnie meczy ucho. dla mnie jednak to jest bomba. nie wiem czy scisla czolowka, ale na pewno cudny ewenement w jej dyskografii. podobnie jak w przypadku „Fixxera” Pearl Jam – artystka dotychczas kojarzaca sie z tworzeniem soundtrackow do ciecia zyl nagle spiewa ze jest szczesliwa, ze koniec ze zla karma, bobry wesolo gryza drewno itp itd. jaram sie na tyle, ze nawet ten „jejeje”-zaspiew w zwrotce, ktory w kazdym innym numerze irytowalby, tutaj cudnie kruszy serce. jaram sie niemozebnie.
oczywiscie sa tez i bonusy. „Memphis” to stylistycznie rzecz typowa dla kierunku, jaki obrala PJ na rok dwutysieczny. zwraca uwage jakby-choralny zaspiew meski w tle aranzacji. czyzby Thom Yorke? niestety, z creditsow singla ciezko cokolwiek wywnioskowac. natomiast prawdziwa ciekawostka jest utwor zatytulowany tajemniczo „30” (choc jesli skojarzyc, ze PJ reprezentuje rocznik ’69, to robi sie mniej tajemniczo). produkcja chalupnicza, w tle para-automat perkusyjny, glowna role gra bluesujaca gitara i zdolowany wokal PJ. nawet po podrasowaniu brzmieniowym rzecz mialaby problem ze znalezieniem miejsca na longpleju. a szkoda.
najlepszy moment: GOOD FORTUNE
ocena: 7,5/10
