Myslovitz – Korova Milky Bar
wydawca: Pomaton EMI
teoretycznie przenosimy sie z wielkiej brytanii do polski. ale tylko teoretycznie…
nie bede ukrywal, ze przez wiekszosc mego zywota najslynniejszy zespol z miasta Myslowice byl dla mnie przedmiotem permanentnej beki. bo jakies to takie poprockowe, zniewiesciale, zapoznani fani tez niespecjalnie intrygujacy w gadce i postawie, a Mokwa to nawet miala logo Myslovitz w komorce.
w pewnym momencie trzeba bylo jednak zrewidowac swa opinie zauwazywszy, ze w sumie to nawet podoba mi sie pare ich piosenek. i co sie okazalo?
przede wszystkim warto zauwazyc, ze ten zespol naprawde musial sie niezle napracowac i naczekac, by osiagnac aktualny status. co bylo o tyle trudne, ze odbywalo sie to w okolicznosciach bardzo niesprzyjajacych takiemu graniu, jakie panowie Rojek i spolka uprawiaja. nie ma co sie oszukiwac – dla wiekszosci ludzi w Polsce grunge is still alive, metal is the law, a punk rulez. w minionej dekadzie troche sie sytuacja polepszyla, ale w latach 90tych inspirowanie sie brytyjskim graniem bylo rownoznaczne z totalnym pedalstwem. zreszta, nie tylko sluchacze taka postawe reprezentowali. pamietam, ze w swietej pamieci „Brumie” byla ciekawa rubryka, gdzie polscy muzycy oceniali piosenki kolegow po fachu. robiono sobie tam jaja troszke z myslovitz… nie pomagalo tez to, ze jak ktos w tamtych czasach postanowil w swej tworczosci wyrazic milosc nie do Black Sabbath czy Led Zeppelin, a do The Beatles, to konczylo sie to totalnym fajansiarstwem pokroju Lizara czy Rotary. i Myslovitza wrzucano do tego samego worka…
ale skoro mowa o inspiracjach – fascynowalo mnie zawsze w Rojku to, ze jako u jednego z nielicznych polskim mainstreamowych muzykow (moze jedynego?) w wywiadach z nim padaly takie nazwy jak Ride czy My Bloody Valentine. nie wiem ile polskich wielbicieli tych kapel zaliczylo jakas blizsza znajomosc z Myslovitz, przypuszczam jednak ze otwarcie sie polskich sluchaczy na indie czy altrockowe granie jest predzej zasluga Myslo niz np Hey’a czy Wilkow. no a poza tym – Off Festival. chyba nie trzeba tlumaczyc w czym rzecz?
chyba nie ma watpliwosci, ze dopiero za sprawa „Milosci w czasach popkultury” zaczela sie masowa zajawka na kapele Rojka. dopiero wtedy opinia o nich jako „polskiej odpowiedzi na britpop” ewoluowala w „polska odpowiedz na brytyjskie granie”. juz nie „polskie Oasis”, ale… no wlasnie, co? problem z Myslo jest taki, ze tych rojkowych, elitarnych niejako inspiracji nie slychac w muzyce Myslivitz.
co najlepiej pokazuje omawiany dzis album. poczatek minionej dekady to dla Myslovitz proba podbicia rynkow zagranicznych, a anglojezyczna wersja „Korovy Milky Bar” – pierwszej wydanej po przejsciu z Sony do EMI – najpotezniejszym dzialem wymierzonym w tym celu. jak wszyscy, zakonczyla sie ta akcja niestety porazka. i podkreslic nalezy slowo „niestety”.
niby mozna bylo to przewidziec, wszak teza o tym, ze „nie wozi sie drewna do lasu” nie wziela sie znikad. a jednak mozna bylo miec nadzieje. bo wlasnie ta plyta daje najlepsze wyobrazenie o tym, gdzie powinno sie umiejscawiac muzyke Myslovitz. obok kapel pokroju Starsailor, Travis, Keane, moze nawet Coldplaya. czyli teoretycznie rockowo, ale jednoczesnie popowo-przebojowo. a przy okazji maksymalnie lirycznie, przejmujaco, zeby nie powiedziec „smetno-dolujaco”. czyli tak, jak angole uwielbiaja, kiedy nie tancza na imprezach przy the killers i the libertines.
a jesli za kryteria oceny „KMB” przyjac to, co moze sie najbardziej podobac w nurcie new acoustic movement – czyli przebojowosc, ktora nie zmusza do zmiany radiostacji podczas jazdy samochodem, to album Myslovitz jawi sie rzecza cokolwiek mega-przyzwoita. toc tu leca same hity – „Man of Glass”, „Dreamsellers”, „Sound Of Solitude”, „Acidland”, „Townboys”… i naprawde wcale nie wplywa na takie entuzjastyczne podejscie to, ze kazdy zna te numery w polskojezycznych wersjach, zajechanych po totalu przez media (Myslovitz ma to szczescie jako jeden z nielicznych polskich rockowych zespolow cieszyc sie przychylnoscia Zetek, RMF’ow, a i MTV ich lubialo pokazac). a ze aranzacje nie traca wiocha, to czego chciec wiecej?
z drugiej strony – jesli to wydawnictwo oceniac w odniesieniu do calej dyskografii Myslo, to wcale jednak tak dobrze nie jest. znamienne jest to, ze najlepsze (najciekawsze muzycznie, ale tez i najlepiej zapamietywalne) fragmenty dzisiaj omawianej plyty to single z „Milosci w czasach popkultury”. „Sound Of Solitude”, a wlasciwie to „Dlugosc dzwieku samotnosci”, choc wciaz katowany z uporem maniaka przez radiowcow, naprawde moze sie podobac i znajduje sie w moim myslovitzkim top5 (na pierwszym miejscu od zawze „Polowanie na wielblada” – jak to mozliwe, ze TAKI numer nie znalazl sie na zadnej regularnej plycie?). „Us” („My”), „For You” („Dla Ciebie”) i „Townboys” („Chlopcy”) takze spelniaja wymagania Dobrej Piosenki, czyli takiej, co ma Melodie nie obrazajaca inteligencji sluchacza, a i w kwestii aranzacji jest na czym zawiesic ucho. czego niestety nie mozna powiedziec o singlach z „Korovy”. „Sprzedawcy marzen” („Dreamsellers”) ma tak fajansiarski refren, ze trudno usiedziec przy nim z powazna mina. „Acidland” te trudno uznac za efekt genialnej songwriterskiej weny, a melodie trudno nie nazwac mianej „upierdliwej”. problemow nie ma z „Behind closed eyes”, choc trudno uznac go za specjalnie przebojowy. natomiast by w pelni docenic „I’d like to die for love” trza miec odpowiedni nastroj. a takze czarne wlosy z grzywka opadajaca na oczy i komplet zyletek w pogotowiu… o wiele lepiej wypadaja natomiast niesinglowe tracki. jak kapitalny utwor tytulowy, w piekny sposob zdolowany „The Melancholy Tower” czy wspomniany „Man Of Glass”. tu zespolowi udaje sie polaczyc nienachalna melodie z czyms, co moznaby od sporej biedy nazwac „psychodela” i „instrumentalnym odlotem”. gdyby tak wygladaly „Skalary, mieczyki, neonki”, to moznaby bez bolu sluchac tej plyty.
i wszystko byloby naprawde fajnie, gdyby nie jedna rzecz. a wlasciwie osoba. Artur Rojek, niestety. mialem szczescie osobiscie pogadac z facetem (spoko, bardziej „fanowska” sytuacja, lansu na przyjazn z gwiazda nie bedzie) i sprawial wrazenie mega-sympatycznej postaci. niestety w wiekszosci przypadkow wciaz nie moge strawic jego maniery wokalnej. ja tam nie mam nic przeciwko falsetom, delikatnym do bolu wokalom meskim, ba! wrecz przeciwnie. ale z Rojkowym sposobem spiewania chyba sie nie zaprzyjaznie juz nigdy. tym bardziej, ze towarzysza temu niestety teksty, przy ktorych trudno sie emocjonalnie zaangazowac. delikatnie bardzo mowiac. no ale spoko, moze kwestia wrazliwosci. a ja raczej cham i burol jestem, generalnie.
naprade szkoda ze podboj swiata skonczyl sie dla chlopakow fanklubem w ameryce poludniowej i supportowaniem The Corrs. szczerze mowiac o wiele bardziej cieszylbym sie widziac ich w zagranicznej prasie niz pajacowatego Behemotha.
najlepszy moment: SOUND OF SOLITUDE
ocena: 7,5/10

