Pisklę
reżyseria: Hanna Bergholm
Nasze nowohoryzontowe podróże dotychczas prowadziły nas przez Europę Zachodnią, z chwilowym przystankiem w Słowacji i Izraelu. Czas na region, do którego mam słabość, choć bliżej temu do zalotnego zerkania niż gorącego uczucia. A mowa o Skandynawii – w tym konkretnie wypadku o Finlandii.
Kontynuując wątek sympatii i antypatii: przyznam się szczerze, że mam spory problem z horrorami, delikatnie rzecz ujmując. Jest to relacja dość podobna do tej, jaką mam z pikantnym jedzeniem. Nie to, że jawny hejt i jak już muszę to obejrzę (tudzież zjem). Ale po co mam robić coś co nie sprawia mi przyjemności, skoro jest tyle opcji znacznie przyjemniejszych. Dla mnie nie ma nic fajnego w strachu. A już zupełnie mam w głębokim poważaniu tzw. slashery – chyba że zawierają one aspekt humorystyczny i/lub autoironiczny. Stąd też jedynym horrorem jaki lubię to „Krzyk”, który wspaniale bawił się aspektem meta (przynajmniej w pierwszej części) – moim guilty pleasure są też wybitnie debilne produkcje pokroju „Sharknado” czy „Zombievears”, które mają tyle wspólnego ze strachem co Podrywacze.pl z podnieceniem.
I tu dochodzimy do „Pisklę”. Nie odważyłbym się stwierdzić, że to jeden z najlepszych horrorów jakie widziałem, bo skala porównawcza jest naprawdę mała. Ale nie pamiętam bym widział drugi tak inteligentny horror. Ba, zakładając że nie przeczyta to żaden psychofan tego typu produkcji – rzekłbym, że jest to znacznie, znacznie więcej niż horror. Film, który posługuje się konwencją horroru by opowiedzieć o poważnych, życiowych problemach. Jak dojrzewanie, specyfika relacji matka-córka czy ślepe gonienie za perfekcją narzucone przez influenserską kulturę. Nie jest przypadkiem, że po seansie odbył się panel dyskusyjny, w którym udział wzięli psycholożka i, no właśnie, influenserka. O tym filmie chce się rozmawiać.
Może o fabule, bo ona jest tu najważniejsza. Główną bohaterką jest 12-letnia, raczej introwertyczna Tinja, żyjąca z rodzicami i młodszym bratem w pięknym, wolnostojącym domu. Ot, perfekcyjne życie rodzinne – a przynajmniej o to, by tak to wyglądało, bardzo zabiega mama, prowadząca bloga o życiu Jej rodziny. Widzimy rodzinę Tinji w trakcie kręcenia filmiku na blog Mamy, gdy nagle do mieszkania wpada kruk. Szybko zostaje spacyfikowany, jednak ku rozpaczy Tinji Matka ukręca ptakowi kark. Dziewczynka wyrzuca go na śmietnik. W nocy budzi ją skrzek – z przerażeniem odkrywa, że ptaka w śmietniku nie ma. Odkrywa go w lesie niedaleko mieszkania, a razem z ptakiem Jajo – które to zabiera do domu. I z którego to oczywiście, prędzej niż później, wykluwa się…
I tu zastopujemy. Nie chcąc za dużo zdradzać powiem, że „Pisklę”, choć kategoryzowany oficjalnie jako horror, zahacza o sporo innych gatunków. Jest tu dramat psychologiczny, są bardzo potrzebne w ramach oddechu elementy humorystyczne. W pewnym momencie zahacza to też o familijne klimaty typu „Beethoven” czy „Kacper przyjazny duszek” i przez chwilę bałem się, że film który tak świetnie się zapowiadał nie wyląduje na przyjaznej dla każdej grupy wiekowej mieliźnie. No, dałem się nabrać. I choć w kuluarach po seansie dało się słyszeć, że za dużo grzybów w tym barszczu, to ja akurat poczytuję to za największą zaletę filmu.
Drugi największy walor to odtwórczyni głównej roli. Myślę, że główna rola w jakimkolwiek horrorze – o ile ten horror chce być traktowany w miarę poważnie – to dość wysoko postawiona poprzeczka, a co dopiero dla dziecka. I być może nie każda aktorka z horroru sprawdziłaby się w rolach grywanych przez Meryl Streep, ale też niekoniecznie Meryl Streep dobrze wypadłaby w horrorze. Tymczasem „Pisklę” wymaga umiejętności i Jamie Lee Curtis, i Meryl Streep. Dawno nie widziałem tak przekonującego dziecka-aktora/ki i mam nadzieję, że dalsze losy odtwórczyni roli Tinji potoczą się lepiej niż choćby tego dzieciaka, który podbił świat „Szóstym zmysłem”.
Powtórzę – jeśli horrory, to przede wszystkim takie jak „Pisklę”.
najlepszy moment: chyba sama końcówka filmu, która też daje spore pole do interpretacji
ocena: 8,25/10
