rageman.pl
Muzyka

Pink Floyd – The Dark Side Of The Moon

rok wydania: 1973

wydawca: Harvest

 

kazdy kto generalnie Interesuje Sie Muzyka musi wiedziec, ze Richard Wright, klawiszowiec Pink Floyd, dwa dni temu odszedl z tego lez padolu. no coz, niby nikt nie jest niesmiertelny. zadnych lamentow typu „odszedl wspanialy czlowiek” nie bedzie, bo Pana Ryśka nie poznalem. chociaz wydaje mi sie, ze kazdy kto kocha muzyke musi byc dobrym czlowiekiem. anyway, to co dla nas, zjadaczy chleba i entuzjastow muzyki jest wazne to fakt, ze w zwiazku z zaistniala sytuacja jedno jest pewne. powrotu Pink Floyd juz nie bedzie. oczywiscie bez Watersa niby PF istnialo, ale mysle ze drugi raz taki numer nie przejdzie. i dobrze. nie trzeba bedzie zyc nadzieja ze moze kiedys. to co zas wazne w kontekscie tego bloga to to, ze ta strata to „okazja”, bym mogl napisac o jednym z najwazniejszych, jesli nie absolutnie Naj, zespolow w moim zyciu. i to w podwojnej dawce.

wiem, zabrzmialo powaznie. ale juz tlumacze o co chodzi. wybaczycie zreszta taka prywate, no bo co mozna odkrywczego powiedziec o Ciemniej Stronie Ksiezyca? bedzie wiec troszke o kontekscie „Pink Floyd a Rageman”.

jak wiecie, dziecinstwo to wazna rzecz. to co sie wydarzy za pacholecia, wplywa w znacznym stopniu na dorosle zycie. rowniez muzyka, jaka nam sie przytrafi. szczesciarze Ci, ktorych rodzice od pierwszego roku zycia katowali The Beatles. znaja Muzyke od jej absolutnych podstaw. niektorzy w ogole muzyki nie mieli w dziecinstwie, a najbardziej przesrane maja najnowsze pokolenia, ktorych rodzice sa na etapie Verby i Jamesa Blunta.

mysle ze ja trafilem szczesliwie. ojciec-maniak muzyki generalnie. zwlaszcza tej pokomplikowanej, bogatej w dzwieki. Pink Floyd byl podstawa. that was fine, wiecie. pamietam, tatus puszczal „plyte z trojkacikiem” i od razu w domu robilo sie fajniej. jakies dziwne dzwieki, zegarki, wydzierajaca sie pani, no afera panie. oczywiscie sciemniac nie bede, ze w wieku 7 lat skumalem genialnosc takich kompozycji jak „On The Run” czy „Time”. na szczescie nastapilo to dosyc wczesnie. i wlasciwie czasem zastanawiam sie, dlaczego w takich okolicznosciach nie wyrosl ze mnie fan Yes czy Porcupine Tree, ba, nie wyrosl ze mnie maniak jakichkolwiek kompozycji nie krotszych niz 8 minut (no okej, Tool chlubny wyjatek). dopiero z czasem sie to wyjasnilo – bo progresywny rock a rock progresywny to tak jak z mloda panna i panna mloda. if ya know what I mean.

taki „speak to me/breathe” (jesli traktowac to jako jeden numer) to niby 4 minuty, ale dzieje sie tu wiecej niz u jakiegos Pendragona w przeciagu 20 minut. bicie serca, krzyk narodzin i bum! witaj mlody czlowieku na swiecie! odetchnij, przystan, pocelebruj swiat. bo zaraz znow bedziesz „on the run” i nawet nie zauwazysz, jak Ci „Time” szybko zlatuje. a jak sie polapiesz to i tak bedzie za pozno i juz bedzie tylko „The Great Gig In The Sky”… ja nie wiem, jak mozna uznawac „The Wall” za najlepszy koncept album, skoro ten sam zespol ma w dorobku taki diament jak „DSOTM”.

wiecie, to normalne ze jednak nie kazdy doznaje przy tej plycie. ba, niektorzy kwestionuja jej genialnosc. spoko, de gustibus i takie tam, ale jednak no nie mozna jednak takich rzeczy jak w drugim przypadku mowic, bez zalapania kontekstu historycznego.  a kontekst byl taki, ze Gilmour i spolka przy tej plycie odwalali w studiu takie hardkory, ze nawet george martin i beatlesi by sie zaczerwienili ze wstydu. sklejanie tasm, nagrywanie dialogow, dziwne rozkladaniie mikrofonow. no ta plyta toprodukcyjny majstersztyk po prostu. raz ze nowatorski, dwa ze czy ktos do dzisiaj tak na dobra sprawe nagral plyte rownie bogata w dzwieki?

co jednak zawsze trza podkreslac, bo to tez rozni Pink Floydow od masy innych takich, co to lubia majsterkowac w muzyce. otoz to ze na poczatku „Money” mamy odglosy wydawane przez pieniazki, a na poczatku „Time” zegary i basowe tykanie nikt tutaj nie dawal po to, by audiofilom dygalo z radosci. te kompozycje to genialne sprzezenie aranzacji, produkcji i melodii przede wszystkim. czujecie to jak to tykanie Watersa i perkusyjne szalenstwa Masona z poczatku „Time” przechodza w kapitalna zwrotke? a te usypiajace, a jednoczesnie szykujace na eksplozje refrenowa zwrotki z „Us An Them”? ten saxofon? a ten Absolutnie Genialny wokalny wystep w „The Great Gig In The Sky”, gdzie jeden glos wyraza caly bol tego swiata? ah, te dwa ostatnie to wlasnie kompozycje Wrighta. bohatera tej plyty. zreszta, kazdy z floydow jest bohaterem tej plyty. jak nigdy wczesniej i tym bardziej pozniej…

no dobra, to jeszcze wspomne, ze jednak highlightem jest mimo wszystko Watersowy „Money”. Roger W. wydaje mi sie strasznym burolem i w sumie jestem w druzynie Gilmoura. ale jednak to ten wlasnie numer ma najzajebisza strukture z kompozycji PF. ten basowy pochod, rytm na 7, instrumentalny rozpierdol w pewnym momencie, powrot i znow masakra… ahhhh. UAAAAAH! wiec czemu tylko 9,5? tylkko i wylacznie dlatego, ze Absolutna ocene rezerwuje dla albumu o ktorym mowa nizej. i jest to bardzo subiektywna ocena, bo ja jestem bardzo subiektywnym czlowiekiem.

 

najlepszy moment: MONEY

ocena: 9,5/10

Leave a Reply