rageman.pl
Muzyka

Dire Straits – Love Over Gold

rok wydania: 1982

wydawca: Vertigo

 

siema dzieciaki. dzisiaj dziadzio rejdzmen znow Wam opowie o muzyce dla dziadow.

oj, ten album to bardzo zgredzialy album. bo czy jest cos bardziej zgredzialego niz progresywny rock? a jak jeszcze to polaczyc z bluesem to juz wychodzi nam muzyka dla wyjatkowych piernikow. lub mentalnych starcow takich jak ja, hehe.

no ale powaznie teraz. otoz jak juz wspominalem przy okazji „Making Movies”, Dire Straits zaczal sie zmieniac. to juz nie jest rytm’n’blues z dwoch pierwszych plyt, gdzie kawalki roznily sie nieznacznie w refrenach. juz na poprzednim albumie Knopfler i spolka zaczeli kombinowac. roznorodne aranzacje, obecnosc klawiszy. juz wdzierala sie lekka stadionowosc, z jaka jest kojarzony glownie ten zespol. no ale zeby od razu porywac sie na taki album jak „Love Over Gold”? przeciez to jakis Pink Floyd normalnie. mimo wszystko latajace swinki w powietrzu zle by sie z tym albumem komponowaly. bo czysty progresywny rock to to nie jest.

tak jak w przypadku „Wish You Were Here”, tu tez mamy 5 numerow. wprawdzie strejtsi nie porwali sie na 9wiecioczesciowe monstrum, no ale taki 14minutowy „Telegraph Road” do latwych do zgryzienia nie nalezy. ale juz pierwsze minuty to jest cos, czego nigdy wczesniej nie bylo. owszem, juz na MM klawisze byly, ale zeby od razu robily taka przestrzenna atmosfere? a tu wrecz o ambienty sie ocieramy. szok. potem wchodzi juz klasyczny knopfler (tzn taki bardziej w stylu „romeo & juliet”). no i wlasciwie tylko te momenty typu zwrotki i refreny to cos, co laczy ten DS z tym z lat 70tych. no i TA gitara, TE solowki, jedna wyborna zreszta konczy „TR”. nie do pomylenia z czymkolwiek innym. czyli summa sumarum wychodzi nam progresywny blues rock. fani indie dostaja palpitacji serca, reszta czyta dalej.

„Private investigations” to chyba najwiekszy hit z tej plyty. mogl sobie na to pozwolic, w koncu to zaledwie 7 minut.  aletutaj tez na dzien dobry dostajemy cos, co moglo zszokowac die-hard fanow DS. ambientowe podloze, delikatne plumkanie pianinkowe no i akustyczna gitara. na dodatek wokal knopflera jakis inny, bardziej stonowany. to juz nie jest swingujacy luzak zapodajacy streetlifeowe opowiesci. jest powazka. jest progresja. a na koncu „PI” najlepszy fragment plytytej. wchodzi niepokojacy bass, nawiazujacy dialog z akustyczna gitara. i tak sobie sprechaja, a tu nagle BUM. podniosle pieprzniecie z elektryczna gitara w roli glownej. hej! juz wiem skad ta okladka!

dla odmiany „Industrial Disease” to wypisz wymaluj kopia „Walk Of Life”. spoko, tylko ze WOL mial dopiero nadejsc, wiec raczej mowimy o prototypie tej piosenki. prototyp, tak, madre i adekwatne slowo. bo jednak „ID” nie ma tej moc. chociaz te klawisze i wesolkowate tempo tez moglo zdziwic dotychczasowych fanow.

tytulowy numer to juz raczej powtorka klimatow z „telegraph road” tylko ze w krotszej dawce. warta odnotowania fajna soloweczka wibrafonu (tak, wibrafonu! na plycie nudziarzy z dire straits!). a „It Never Rains” chyba najbardziej kojarzy sie ze starymi dokonaniami. chociaz przez pierwsze minuty tylko. bo potem znow instrumentalne szalenstwo.

czy ten album to arcydzielo? na pewno jest to najambitniejsze dokonanie tego zespolu. jednak jesli juz dire straits wstapil na stadiony, to wole jak pogrywa na nich bardziej przebojowo jak na „Brothers In Arms”. niemniej najlepsze wydawnictwo od czasu debiutu, bez watpienia. moze nawet leciutko je przebijajace, tak tyci tyci.

 

najlepszy moment: PRIVATE INVESTIGATIONS

ocena: 7,5/10