Pink Floyd – Atom Heart Mother
rok wydania: 1970 (reedycja: 1994)
wydawca: EMI
zostajemy przy rockowej klasyce. co slychac u naszych starych znajomych z Pink Floyd?
no tak naprawde to nic nie slychac, ale dzis akurat mam ochote omowic kolejna ich plyte. oficjalnie czwarty studyjny album grupy do ich arcydziel Pink Floyda zaliczany nie jest, ale notowania ma calkiem wysokie. i przyzna, ze mam calkiem podobne odczucia do tego krazka.
zacznijmy od okladki. genialna. choc to przeciez „tylko” krowa, ponoc na dobra sprawe oprawa graficzna sprowadzila sie do tego, ze fotograf mial napredce cos pstryknac. ale nie macie wrazenia, ze to co widzimy to taka hmmm esensja „krowotowosci”? ze ta krowa bardziej krowia by byc nie mogla? nie no, nic nie pilem ani nie bralem, ale tak wlasnie odbieram okladke tego albumu. no i co najwazniejsze – swietnie koresponduje z zawartoscia albumu. z jednej strony – silny kontrast prostoty okladki z pokomplikowaniem muzycznym. z drugiej zas strony – totalnie rozleniwiale dzwieki, jakby z innego swiata. takie jedno wielkie psychodeliczne „Muuuuuuuu”.
dzis jednomyslnie zarowno waters, jak i gilmour ostro dissuja ten krazek, nazywajac go „totalnym smieciem”, w szcegolnosci tytulowa suite. troche przesadzaja, jednak da sie ich zrozumiec. bo z jednej strony widze to tak, ze jest to jak na moj guust najlepsze dokonanie Pink Floyd Psychodelicznego. takiego, gdzie w muzyce rzadzil przede wszystkim Odlot, pozniej dopiero melodia czy „rockerka”. oczywiscie wszystkie te elementy w mniejszym badz wiekszym stopniu zawsze byly u nich obecne, ale na przelomie ’60/’70 chodzilo przede wszystkim o Odlot. i w takim kontekscie odbieram „AHM” za apogeum. przez 23 minuty tytulowej suity co chwila slychac jakis kapitalny motyw, kapitalne dzwieki. solowki gilmoura przede wszystkim, ale tez solo na altowce, gra perkusji, noisowa wstawka w srodku kompozycji, nawet te przedziwne zestawienie chorow i deciakow. problem w tym, ze po wszystkim mam wrazenie ze zostalem oszukany. ze tak naprawde to o nich tu nie chodzilo, ze to wszystko to jakis totalnie niespojny zlepek dzwiekow, na ktory sam zespol nie mial zadnego pomyslu. a wypowiedzi samych muzykow o tej plycie tylko to wrazenie umacniaja.
nastepne w kolejnosci mamy trzy utwory, pod kazdym z osobna stoi inne nazwisko. gilmourowy „Fat Old Sun” i watersowy „If” to kawalki calkiem podobne aranzacyjnie, z akustyczna gitara na przodzie, ale odbior obu diametralnie sie rozni. gilmourowy track wprowadza w blogostan, transportuje w rejony bezpieczne i beztroskie niczym dziecinstwo, w czym znacznie oczywiscie pomaga unikatowy glos twrocy tracka. waters natomiast znow serwuje numer niby piekny, ale jakby znow pelen goryczy. co nie przeszkadza mu byc chyba moim ulubionym utworem tej plyty. no i jest jeszcze „Summer ’68” Wrighta, chyba najbardziej energetyczny track, z refrenem rzeczywiscie brzmiacym jak hit lat ’60tych (moze bardziej beach boys niz the beatles). nie sa to moze songwritersko genialne numery, ale udanie podtrzymuja psychodelizujacy klimat tytuowej suity.
no i na koncu mamy kolejnego muzycznego psychodelokolosa, moim zdaniem znacznie lepszego niz ten pierwszy. a mowa oczywiscie o „Alan’s Psychodelic Breakfast”. czyli zespol przygrywa sobie w tle podczas konsumpcji sniadania tytuowego alana. z jednej strony gitarki, sekcja rytmiczna, a z drugiej mlaskanie, dzwiek gotowanej wody, gadki glownego bohatera pod nosem. dla mnie genialna sprawa, zupelnie brak odczucia zwatpienia, o jakim wspominalem przy tytulowej suicie.
mniej ten album cenie niz „DSOTM”, „WYWH” czy nawet „The Wall”, przez co wychodze na rockowego dziada. ale
„ATH” jak dla mnie jest najblizej z reszty dyskografii wejscia na podium. ba, czasem bliski jest wyrzucenia z niego „The Wall”…
najlepszy moment: IF
ocena: 8,5/10