Nirvana – Nevermind
rok wydania: 1991
wydawca: DGC
lata 90te still on my cd-player… hah, no dobra, winamp player. w koncu trza codziennie sie przylansowac na last.fm’ie, rajt? a jak lata 90’te, to szczegolnie ich poczatek. a jak poczatek, to przeciez przede wszystkim NIRVANA. a ze nigdy nie pisalismy o niej dluzej, to czas nadrobic zaleglosci.
opiszemy okres majorsowy, „Bleach”em zajmiemy sie kiedy indziej. czyli na poczatek debiut w Geffenie, „Nevermind”…
no i dupa. bo co wlasciwie mozna napisac o tym albumie, czego nie napisal nikt przede mna? no zwyczajnie nie da sie. na szczescie skorzystam z furtki, jaka jest formula tego bloga. czyli zadne fachowe analizy, a po prostu moje niezobowiazujace refleksje zwiazane z plytami. wiec oto refleksji kilka wrobla cwirka.
mlodosc, z uwzglednieniem okresu dzieciecego, ma to do siebie, ze trzeba byc w jakims Obozie. zadeklarowac sie. a przede wszystkim – walczyc z jakims drugim obozem. i tak jak pamietam, ze okres gleboko podstawowkowy zlecial mi na wojnie backstreet boys vs kelly family (bylem ultrasem tych pierwszych), tak analogicznie liceum kojarzy mi sie z konfrontacja nirvana vs pearl jam. na szczescie w okolicach matury nikt juz sobie takimi problemami nie zawracal dupy, a i dzisiaj tez raczej glupio by bylo bawic sie w takie wojenki (no chyba ze po pijaku stawiajac sprawe oasis kontra blur, pozdro sieciech). niemniej na poczatku liceum nie bylo wyboru – woz albo przewoz. wybralem pearl jam. i wyboru nie zaluje. bo choc dzis juz inaczej patrze na muzyke veddera i spolki, wciaz jest bliski memu sercu jak to tylko mozliwe. a przy okazji zaczalem go cenic za rzeczy czasem zgola odmienne niz te, ktore mnie przyciagnely 10 lat temu, w mocno metalowym okresie zycia.
natomiast jesli chodzi o nirvane to sprawa byla prosta. pizdowate, przereklamowane granie, zajechane do bolu przez mtv (to ostatnie to akurat prawda, choc to raczej nie wina zespolu). no i postac kurta cobaina – bozyszcze mlodziezy plci zenskiej, szczegolnie tej preferujacej czarne koszulki, stanowiace najlepsze pole do wyrazenia milosci dla tragicznie zmarlego idola. czy to w wersji diy czy zakupionej w sklepie muzycznym. historia szkol licealnych zna przypadki, kiedy milosc do Kurta C. byla wyrazana w bardziej wymyslny sposob – np poprzez listy zostawiane na kompach w salach informatycznych (pozdrawiam klase F, rocznik ’84!). kto wie, moze kompy w topolowce byly jakos podlaczane do sfer niebieskich i adresat otrzymal przesylke… anyway, zmierzam do tego, ze moj stosunek do Nirvany byl przez dluzszy czas powiedzmy ze niepozytywny. od poczatkowo skrajnej niecheci (chyba jednak bardziej spowodowanej otoczka niz sama muzyka) do obojetnosci. moze tak mialo byc. bo kiedy juz na przelomie liceum/studia podszedlem do tego zespolu, to licealna, bezpodstawna w gruncie rzeczy nienawisc wyparowala, a z drugiej strony nie ma sentymentu, przez ktory np nie jestem w stanie obiektywnie ocenic dokonan Pearl Jam. i co sie okazalo? Nirvana to naprawde swietny zespol byl. zajebisty, ultrakonkretny, nie ma dyskusji. jesli juz o tym wiesz, to przeskocz do ostatniego akapitu gdzie dywaguje nad tym, dlaczego mam problem ze stawianiem ich w jednym rzedzie z The Beatles, Led Zeppelin, Pink Floyd czy nawet The Clash. w innym razie zapraszam do „normalnej” lektury tej notki.
no wiec mamy „Nevermind”. pomijajac profesjonalna produkcje i wieksze niz na innych plytach zespolu nagromadzenie przebojow – jak najbardziej odpowiedni wyznacznik „stylu Nirvany”, ktory raczej pozostawal niezmienny. styl, ktorego zdefiniowanie prowadzi do odkrycia najwiekszego paradoksu jesli nie muzyki lat 90tych w ogole, to przynajmniej najpopularniejszego gatunku tego okresu. mianowicie rzecz w tym, ze najpopularniejszy zespol grunge’u mial z tym gatunkiem najmniej wspolnego. a przynajmniej – najbardziej sie wyroznial na tle zespolow tez kojarzonych z tym terminem. absolutny brak posmaku metalu, wyczuwalny u chocby soundgarden czy alice in chains. ale tez w ogole nie wyczuwalne inspiracje hard rockiem spod znaku led zep (nie mowiac juz o aerosmith czy kiss). za to od groma alternatywnego rocka. by nie bawic sie w oderwany od realiow namechecking zarzucmy nazwami, ktore padaja w kontekscie Nirvany niejako naturalnie, ze wzgledu na powiazania personalne: „noise’owate sklonnosci Sonic Youth, wrazliwosc na melodie R.E.M., a przede wszystkim zabawy z dynamika „copyright by Pixies”. zarzucic nazwami melvins czy mudhoney (obok nirvany drudzy „najmniej grandzowi” z grandzu… zreszta, CO TO KURWA JEST TEN GRUNGE?!?). a takze multum innych nazw, zupelnie nieznanych przecietnemu fanu grunge’u, nie wspominajac o postgrandzowcach. i tu musi pojawic sie refleksja dotyczaca kulturowego znaczenia „Nevermind”, bo tego nie mozna pominac. to ta plyta wprowadzila w latach 90tych alternatywe na salony. i nie tylko ta spod znaku gitar, choc pewnie nie kazdy z tym sie zgodzi. i pomoglo w tym przede wszystkim to, ze cobain, poza nadwrazliwcem, byl przede wszystkim muzycznym erudyta. byc moze najbardziej ogarnietym na scenie z seattle. i co najwazniejsze – osobiscie, nie tylko za sprawa „Nevermind”, pomogl zyskac (badz przywrocic) tym nazwom nalezyta popularnosc (chocby sprawa „Meat Puppets a Mtv Unplugged). reasumujac: po czym poznac ze ktos nie zna sie na muzyce? po tym, jak mowi ze „Nirvana to komercyjne gowno”.
ktos kiedys ladnie powiedzial, ze Nirvana, szczegolnie na „Nevermind”, to zespol perfekcyjny. posiadajacy wszystko, co perfekcyjnemu zespolowi rockowemu potrzebne. poklask krytykow. powazanie branzy. kultowy status wsrod publiki. aternatywna bezkompromisowosc, ale jednoczesnie tez talent do tworzenia pop-przebojow. i tak jest w rzeczywistosci – te wzystkie „Smells like teen spirit” (co mozna o tym utworze napisac?), „Come As You Are” (gitara!!), „In Bloom” czy „Lithium” to kapitalne melodie opakowane w alternatywne brzmienie (jak wspomnielismy – wygladzone przez producenta, ale jednak). wymienilismy piosenki z poczatku plyty, ale pozniej jest nie gorzej. tym bardziej ze bywa roznorodniej troszke, bez schematu „spokojna zwrotka – pieprzniecie w refrenie” (btw zarzucalem ostatnio kornowi z „issues” za poslugiwanie sie tym schematem; problem w tym, ze na „Issues” absolutnie nic z poslugiwania sie tym schematem nie wynika). „polly” to wlasciwie stricte folk. moj ulubiony „Something in the way” to cudnie, od poczatku do konca, wyciszona rzecz. dla odmiany „breed” czy „territorial pissings” to stricte punkowe strzaly w pysk (pearl jamowi z okresu „Ten” nie przyszloby do glowy, by zagrac takie rzeczy).
fajnie fajnie fajnie… ale czy okreslenie „swietne piosenki w alternatywnym brzmieniu”, ktore wlasciwie definiuje „Nevermind” to nie troche za malo jak na rzekomo „jedna z najepszych plyt wszechczasow”? a przede wszystkim – czy to nie za malo jak na jeden z najlepszych rockowych zespolow swiata? tym bardziej, ze o „In Utero” mozna podobnie napisac. nie mialbym wiekszego problemu z postawieniem 10/10 „Nevermajndowi”, nie raz obiektywnie gorsze i o zdecydowanie mniejszym znaczeniu kulturalnym plyty dostawaly tu takie oceny. tylko ze, jak juz wspomnialem, to jest przede wszystkim mOj bLoGaSeK, a oceny odzwierciedlaja tez takie aspekty jak sentyment i zwyczajne pojebanie gustu. a ja ani nie przezylem jakichs niezapomnianych chwil przy Nirvanie, ani tez brak mi w ich dyskografii takich momentow, za ktore oddalbym zycie, nawet pomimo pogardy i niezrozumieniu („rejdz, ty jebany niumetalowcu”) innych. NO SORRY, ale nie potrafie, przy pominieciu aspektu historycznego, postawic jakiejkolwiek plyty Nirvany przy „Dark Side Of The Moon”, a Nirvany obok Najwiekszych Zespolow Swiata. w gronie wykonawcow zajebistych – jak Faith No More, Sonic Youth, Tool czy Beastie Boys – bezproblemowo. tylko ze niektorzy uznaja to za potwarz dla Nirvany.
byc moze Nirvana moglo byc jak The Beatles, tyle ze nie zdazyli tak ladnie sie rozwinac jak Fab Four. choc potencjal byl. ale na razie „Nevermind” to takie „Help!” czy „Please Please Me” nawet. czyli ultrazajebiscie, piosenki jak ta lala. ale akurat nie za te plyty akurat uznajemy ich za Najlepszy Zespol XX wieku.
najlepszy moment: SOMETHING IN THE WAY
ocena: 9/10