Sting – … All This Time
rok wydania: 2001
wydawca: A&M
odkopujemy stare watki. otworzcie dzieciaczki swe skoroszyty na rozdziale „Sting” i notujcie.
jak wiadomo, Stinga od jakiegos dluzszego czasu *nie ma*. cos tam wydaje, wejdzie na wysokie miejsca list sprzedazy, ale kogo tak naprawde obchodza te plyty poza audiofilami i fanami Trojki? co innego Sting koncertowy, grajacy swe stare numery. stary Sting to bardzo sympatyczny Sting, zwlaszcza jak wspomaga sie przebojami The Police. dlatego tez „…All This Time” to bardzo sympatyczna plyta koncertowa. nawet jesli znacznie blizej jej do smooth jazzu niz rocka. ale ta plyta zapisala sie w historii muzyki przede wszystkim z innych powodow.
to mial byc kameralny koncert dla przyjaciol i czlonkow fanclubu. miejsce koncertu: rezydencja Stinga we wloszech. data: 11 wrzesnia 2001. tak, TEN 11 wrzesnia. nie badzmy cyniczni – KAZDY sie przejal ta tragedia, niezaleznie od nastawienia do ameryki, a konkretnie do jej polityki zagranicznej. rowniez rodowity brytol i jego miedzynarodowa w sumie ekipa koncertowa. najlepszy ruch w obliczu tragedii, zwlaszcza takiej, to robic wciaz swoje i pokazac ze sie wystraszyc nie damy. tak postapili sting i jego muzycy. i chociaz przesada byloby mowic, ze jakis specjalny smutek badz napiecie jest w tych dzwiekach wyczuwalne, to jednak poczatek nie pozostawia watpliwosci. „Fragile”, chyba najadekwatniejszy do sytuacji numer z repertuaru Stinga. nigdy jakims fanatykiem tego numeru nie bylem, ale tutaj to wykonanie poraza i stanowi emocjonalne apogeum calego setu.
pozniej juz sytuacja robi sie normalniejsza. sytuacji beztrosko-humorystycznych, czy to w konfenansjerce (tak po prawdzie to wlasciwie takowej poza przedstawieniem muzykow brak) czy muzyce (ponoc „every little thing she does is magic” wylecialo w ostatniej chwili) raczej nie uswiadczymy, jednak poza zwyczajowym smeceniem stinga zdarzaja sie momenty bardziej energetyczne („all this time”, „(if you love someone) set them free”). a jednak calosc trzeba okreslic jako wysmakowana, kameralna, w duzej mierze uspokajajaca. coz, takie nazwiska jak chris botti, manu katche czy dominic miller nie kojarza sie ze specjalnie awangardowym graniem. i chociaz calosc da sie wpakowac do szufladki smooth jazz, ktora jest jeszcze bardziej odpychajaca niz numetal, to naprawde fajnie sie tego slucha. a w wielu przypadkach te aranzacje pokazuja znane numery z calkiem zaskakujacej strony. czasem niemile („All this time” niby pomyslowo przerobiony na swing niemalze, ale zupelnie ulotnila sie magia oryginalu), ale np totalnie uspokojone „don’t stand so close to me” czy „mad about you” spokojnie moga konkurowac z pierwotnymi wersjami, tez przeciez zajebistymi. „roxanne” tez wypada calkiem ciekawie, ale ten numer juz w oryginale mial jazzujacy feeling, ktory uwypuklil w swej przerobce george michael. sa tez numery na tyle bliskie jazzu w oryginale, ze wlasciwie nic nie trzeba bylo w nich zmieniac – vide „when we dance” czy „moon over bourbon street”. dopiero pod koniec wlasciwie pojawia sie cos na ksztalt rockowej ekspresji – w przypadku wiazanki „if I ever lose my faith in you”/”every breath you take” sting postanowil dac sobie spokoj z jazzowymi ciagotami i wiekszych modyfikacji nie wprowadzil.
jestem jak najbardziej na tak. czy to znaczy, ze juz doszczetnie zdziadzialem?
najlepszy moment: FRAGILE
ocena: 7,5/10