Phil Collins – Face Value
wydawca: Atlantic
wczoraj bylo o Piotrku Gabrielu, dzis bedzie o jego koledze z zespolu, ktory wczesniej tylko bebnil. ale jak Piotrek odszedl z Genesis, to Phil zaczal nie tylko bebnic ale i spiewac. dla niektorych w tym momencie sie Genesis skonczyl, ale dla mas sie dopiero zaczal. a Philek uznal ze jest tak zajebistym kolesiem, ze zaczal kariere solowa, z Genesis nie odchodzac. teraz to juz w ogole masy zaszalaly i koles sprzedal miliony plyt. niestety, sukces komercyjny nie szedl w parze z artystycznym. no bo sorry, czlowiek nagrywajacy soundtracki dla Disneya (i nie typu „Krol Lew”, tylko jakiespopluczyny „Moj Brat NIedzwiedz” czy cos) nie moze byc traktowany serio. jednak pierwsza plyta, o ktorej dzis bedzie mowa, takiej tragedii nie zapowiadala.
wlasciwie to najlpeije by bylo, gdyby ten album konczyl sie na pierwszym numerze. „In The Air Tonight”. jeden z najwiekszych hitow i tak na dobra sprawe najkonkretniejsza propozycja artystyczna tego pana. niepokojacy, ambientowy podklad, jakies gitarowe zgrzyty i inne dziwne dzwieki. pelen zlosci tekst, zupelnie nie w stylu tego kolesia. i nagle, w pewnym momencie TO wejscie perkusji. wyczytalem gdzies, ze w jakims rankingu ta perkusja zostala uznana za najbardziej cool moment w historii muzyki. i naprawde, wcale mnie to nie dziwi. jesli riff do „Money For Nothing” jest najzajebistsza rzecza gitarowa w kategorii soft rock, to w dziedzinie perkusji wygrywa moment z „ITAT”. powiew geniuszu, powaznie. ale to tylko potwierdza, ze co jak co, ale perkusista to facet jest wybornym.
no ale mamy tu jeszcze 11 numerow. i tu zaczynaja sie schody… bo juz nastepny w kolejce „This Must Be Love” to Collins jakiego dobrze znamy. balladowy, mdly, o milosci, bez jaja zupelnie. niby w tych jego tekstach przewija sie bol jakis, bo sie chlopak w tym czasie rozwodzil, ale tego w ogole nie slychac w muzyce. zdarzaja sie ciekawe momenty, jak instrumentalny „Droned” ktory jest najlepszym przykadem na to, ze chlopak potrafi tez niezle numer zaaranzowac. „The Roof Is Leaking” urzeka minimalizmem, na ktory skladaja sie wokal, piano i banjo. „I Missed Again” mimo obrzydliwej popowosci w sumie moze sie podobac bardziej wymagajacym sluchaczom. ale… no nie jest to po prostu tak jajcarski pop jak w przypadku Gabriela. czasem efekt jest wyborny, a czasem totalnie nieznosny. na dodatek fragmenty, ktore mogloby cieszyc ucho, rozczarowuja. gitary Erica Claptona w „If Leaving Me Is Easy” w ogole nie slychac. a dwa covery to tez chybione strzaly. o ile po „Behind The Lines” Genesisa sie wiele nie spodziewalem, tak „Tomorrow Never Knows” nie ma nic z uroku oryginalu. a jak pamietacie, nieudolne coverowanie Fab Four uwazam za przestepstwo.
dlaczego wiec tak wysona ocena? bo koles mimo wszystko wydaje sie strasznie sympatyczny i nie chce go ranic. tylko ze to jest plyta, po ktorej jedyna sluszna reakcja powinna byc „dobra Phil, pokazales ze mozesz tez solo plyte nagrac, ze aranzacje, ze wokal masz, ze jeden numer to nawet genialny jest. ale wracaj juz za perkusje, no juz juz”. swoja droga, szkoda ze Dave’owi Grohl nikt tak nie powiedzial 10 lat temu.
najlepszy moment: IN THE AIR TONIGHT
ocena: 7/10
