rageman.pl
Muzyka

Peter Pan – Days

Days_Peter-Pan,images_big,25,MYSTCD042rok wydania: 2007

wydawca: Mystic

 

Wielokrotnie to podkreślałem, ale czemuż by nie zrobić tego jeszcze raz, dla nowych czytelników – nigdy nie przepadałem za rockiem progresywnym. Pink Floyd zdecydowanie tak, Yes’em też nie pogardzę (jak widać, mówimy tu o bardzo szeroko rozumianym rocku progresywnym), ale już muzyka Genesis czy Marillionu niekoniecznie wpływa pozytywnie na mój organizm. A już tzw. rocka neoprogresywnego, tych wszystkich Aren i Pendragonów ni cholerę jestem w stanie zdzierżyć. I kiedy wydawało by się, że nic gorszego w muzyce nie można wymyślić, z odsieczą przychodzi polska odmiana tego kuriozalnego gatunku.

Mimo to, jak już trafi się jakaś płyta z tego zaklętego kręgu to staram się podchodzić do niej bez uprzedzeń. Wszak miłe zaskoczenia są miłe. Peter Pan to jeden z licznych zespołów dowodzonych przez jednego z architektów polskiego progrocka, Wojtka Szadkowskiego. Ok, ten argument niespecjalnie mnie zachęcił. Ale już informacja o tym, że jest to jego najmniej typowa, celująca w proste rockowe piosenki pozycja, odrobinę mnie zaintrygowała. Czy mamy tu do czynienia z casusem zbliżonym do Phila Collinsa? Cóż, nie do końca.

Gdyby wymyślono coś na kształt rock-review-generator, odpalona na potrzeby „Days” stworzyłaby pewnie coś takiego: Płyta stanowi prawdziwą muzyczną ucztę dla wszystkich wielbicieli szczerej, rockowej muzyki, stojącej w opozycji do popowej papki zewsząd nas atakującej. Wykorzystując całą paletę emocji, artyści za pomocą porywających solówek, nietuzinkowych zmian tempa, natychmiastowo zapadających w pamięć melodii i wykwintnych aranżacji nie pozbawionych rozmaitych smaczków stworzyli imponujące, jakże frapujące dzieło, na które nikt nie powinien pozostać obojętny.

Żeby nie brnąć w tę średnią udaną złośliwość – nie jest to tak zupełnie oderwany od rzeczywistości opis „Days”. Choć wciąż, pomimo rzeczywiście słyszalnego redukcji progowego smęcenia, treść wyraźnie przegrywa z formą, a składaną w notkach promocyjnej obietnicę nieprzewidywalności można włożyć między bajki (chyba że ktoś naprawdę będzie zaskoczony tymi rozsolówkowanymi, rozbuchanymi końcówkami utworów), to słychać tu porządny instrumentalny warsztat i doświadczenie w konstruowaniu kompozycji. W książeczce pada nazwa Toto i chyba całkiem niegłupi to trop – Peter Pan także stara się progresywną formę łączyć z hardrockową energią i popową wrażliwością. Problem w tym, że Toto ustrzelił parę tych kapitalnych melodii, nawet jeśli poprzez formę ich podania skazywali je na szufladkę „guilty pleasures”. Na „Days” hooków jak na lekarstwo, nie mówiąc już o całych melodiach. Dość powiedzieć, że najciekawszy podkład, ten z „Cold As Stone”, został zaczerpnięty… z reklamy.

Ale nie ten minimalizm melodyczny jest tu najgorszy – zwłaszcza, iż przebojowość/chwytliwość to dość subiektywne kryteria oceny. Otóż „Days” to klasyczny przykład na to, jak wokalista może zjebać (trzeba to nazwać dosadnie) wysiłki reszty zespołu. Ten wokal jest STRASZNY. Inwazyjnie zły. Obleśny. Teatralność w jej najbardziej groteskowej formie, prędzej niż z Gabrielem czy Fishem (na miejscu ich prawników zagroziłbym pozwem za takie porównania) mająca wspólnego z polskim dubbingiem kreskówek w jego początkowej fazie rozwoju. Serio, w tym momencie żałuję, że prowadzę tego bloga samego, bo najchętniej oddałbym komuś innemu tę płytę do recenzji. Komuś, kto jest w stanie jej słuchać bez notorycznie strzelającej kurwicy. Do dziś nie zostały ujawnione prawdziwe personalia „wokalisty” (w książeczce funkcjonuje jako Peter), wg słów Szadkowskiego to dość znana persona. Być może jest to sam Mike Patton, nie zmienia to jednak faktu, że ktoś, kto zdecydował o jego zaangażowaniu na ten album powinien podać się honorowo do dymisji.

Choć najlepszą kompozycją jawi się tu wspomniany „Cold As Stone”, to decyduję się wyróżnić „Flying Over Paradise”. Z prostego powodu – to utwór instrumentalny (no dobrze, nie tylko z tego względu – naprawdę ślicznie pracują tu gitary). Płyta nie odniosła spodziewanego sukcesu, więc o reedycji raczej nie powinno być mowy. Gdyby ktoś jednak się na takową zdecydował, to w pierwszej kolejności powinien usunąć/wymienić ścieżki wokali. No i okładkę, ale to chyba oczywiste.

 

najlepszy moment: FLYING OVER PARADISE

ocena: 6,5/10

Leave a Reply