Votum – Metafiction
wydawca: Mystic
Jeśli jeszcze sami tego nie zauważyliście – jestem słuchaczem niezwykle miłosiernym, wyrozumiałym i cierpliwym. Dlatego dziś znów o polskim progu.
Omawiana dziś płyta Warszawiaków z Votum jest drugą w ich dorobku (najnowszą „Harvest Moon” wydali kilka miesięcy temu), a pierwszą wydaną nakładem Mystic Production. Nie będę ukrywał, że znam pozostałe płyty, zatem nie będę się w kolejnych akapitach do nich odnosił. Warty natomiast odnotowania jest fakt, że panowie w początkowej fazie działalności grali metal w najczystszej postaci. Pozwala to na swój sposób zrozumieć taki a nie inny kształt „Metafiction”. Trudno mi bowiem uciec od odczucia, że płyta jest idealną lekcją poglądową na to, jak muzycy zespołu metalowego wyobrażają sobie granie muzyki progresywnej. I, aby upewnić się, że nie błądzą, zasięgają „porady” u płyt Riverside.
Zdaję sobie sprawę, że tym ostatnim zdaniem wydałem na siebie wyrok śmierci z rąk muzyków Votum, gdyż widać wyraźnie po udzielanych przez nich wywiadach, że niespecjalnie przepadają za tym porównaniem (trudno się temu dziwić). I jest to poniekąd wyrok sprawiedliwy, jako że naprawdę słychać tu kawał ciężkiej roboty i tzw. serducha. Na papierze jest to płyta, której ciężko cokolwiek zarzucić. Melodyjny dryg, zawodowe wykonanie, rozbuchane aranże, satysfakcjonująca dynamika, profesjonalne brzmienie, nawet szczyptę eksperymentu da się wyczuć. W każdym z wymienionych aspektów (i nie tylko) jest to płyta lepsza od omawianego w poprzedniej notce Peter Pana, logicznym więc, że powinna zostać oceniona wyżej. I tak też uczynimy.
Dlaczego więc w praktyce „Metafiction” prezentuje się gorzej niż w teorii? Najkrócej rzecz ujmując – bo to wciąż „tylko” progresywny metal. Oczywiście dla kogoś innego będzie to „aż”. I ok – jak już nawet ponoć w nowym wydaniu Biblii widnieje, o gustach się nie dyskutuje. Z lekkim jednak uśmiechem politowania odbieram wypowiedzi muzyków Votum o tym, że z trudem mieszczą się do jakiejkolwiek szufladki stylistycznej. Bez przesady, bo naprawdę zabraknie nam skali dla takich dokonań jak „Crack The Skye”, gdzie NAPRAWDĘ dzieje się dużo. A też, co niestety muszę szczerze przyznać, dzieje się w sposób bardziej zapadający w pamięć niż na „Metafiction”. To świetnie, że panowie potrafią w jedną kompozycję wpleść wixarski klawisz i orkiestralne brzmienie, ale im dłużej obcuję z tymi numerami i rozmaitymi smaczkami weń zawartymi, tym silniej nasuwa się jedno proste pytanie: i co z tego? Nie róbmy z ilości dźwięków w jednej kompozycji kryterium oceny muzyki, bo dojdziemy do wniosku, że we współczesnej muzyce niż lepszego od prog rocka i prog metalu nie powstało.
Drugi mój problem, który – by nie dolewać jeszcze większej oliwy do ognia – pozwolę sobie nazwać skrajnie subiektywnym, to wokal. Także w tym przypadku nie jest to sprawa tak posunięta do granic nieprzyswajalności jak u wspomnianego Peter Pana, ale dla mnie głos Maćka Kosińskiego trąci Eurowizją w jej najbardziej balladowych momentach. A naprawdę nie jestem przeciwnikiem wokalnej krainy łagodności – za takiego Jona Andersona (by nie szukać daleko) dałbym się pokroić. Jedyny fragment albumu(growlu w „Stranger Than Fiction” nie liczę), w którym jego śpiew w jakikolwiek sposób do mnie trafia to „December 20th” (z pominięciem pierwszej zwrotki). W ogóle dziwna sprawa z tym utworem, bo jakościowo dość mocno odstaje on od reszty płyt, w czym jednak nie upatrywałbym wady – wręcz przeciwnie, daje on nadzieję. Bo tu naprawdę cała ta obietnica progresywności się spełnia – tu wreszcie można znaleźć ten mityczny element, którego bezskutecznie szuka większość polskich progrockowych zespołów. Nieprzewidywalność. Niemal funkowy groove obok ultraciężkiego, slayerowego wręcz riffu. Yes, yes, yes!
Odszczekiwać powyższych słów w przyszłości nie będę (choć nigdy nie mów nigdy) – jeśli „Harvest Moon” prezentuje poziom zajawiony w „December 20th” to dla mnie będzie to świadczyć tylko i wyłącznie o poczynionym progresie. Przyznam jednak, że z jeszcze większą nadzieją patrze w przyszłość po przeczytaniu na profilu FB zespołu o opuszczeniu składu przez wokalistę. Nie wgłębiając się w przyczyny rozstania – wierzę, że obie strony wyjdą na tym korzystnie. I czego szczerze życzę.
najlepszy moment: DECEMBER 20TH
ocena: 7/10
