rageman.pl
Muzyka

Kombajn Do Zbierania Kur Po Wioskach – Karmelki I Gruz

Karmelki-i-gruz_Kombajn-Do-Zbierania-Kur-Po-Wioskach,images_big,4,MYSTCD179rok wydania: 2011

wydawca: Mystic

 

Wciąż nie opuszczamy lokalnego podwórka.

Kombajn Do Zbierania Kur Po Wioskach (ewidentna nagroda za nazwę, choć nie do końca jeszcze wiem w jakiej kategorii) to jeden z przykładów polskich zespołów, które niby grają muzykę naprawdę przyzwoitą, wymykającą się z juwenaliowych schematów, a mimo to jakoś nie mam problemu z wyobrażeniem sobie polskiej sceny muzycznej bez ich udziału. Po całkiem głośnym debiucie w 2005 roku („Ósme Piętro”) i szybkim wydaniu następczyni w roku kolejnym („Lewa Strona Literki M”) panowie zupełnie zniknęli z pola widzenia, właściwie bez jakiegokolwiek pożegnania. W polskich realiach sytuacja to na tyle normalna, że chyba nawet najwierniejsi fani przeszli nad nią do porządku dziennego. Dlatego kiedy kwintet dał w 2011 roku znać, że wciąż jednak żyje, okazało się, że nawet wsparcie prężnie działającego Mystica (poprzednie dwa albumy zespół wydał w Polskim Radiu) okazało się niewystarczające, by uczynić z tego wydarzenia wielki medialny comeback (oczywiście w skali naszego alt-podwórka).

Wygląda na to, że sympatia polskich słuchaczy, niczym łaska pańska, na pstrym koniu jeździ. Bo zrozumiałbym tę ciszę medialną (chyba że coś przeoczyłem, mimo iż staram się trzymać rękę na pulsie?) gdyby „Karmelki I Gruz” były rozczarowaniem, zbędnym powrotem. Ale album ten nie daje najmniejszych powodów, by tego typu opinie wysnuwać. A   jeśli patrzeć na niego przez pryzmat zastosowanych tu nowinek, może dla niektórych okazać się najciekawszym z całego dorobku ekipy z Nowego Dworku.

Przede wszystkim – brzmienie. Wprawdzie to już trzeci album grupy zrealizowany przez Maćka Cieślaka (dodatkowo za mastering odpowiadał sam Andrzej Smolik), jednak nigdy nie ukręcił im brzmienia tak surowego, hałaśliwego, organicznego i… rockowego. Na swój sposób koresponduje to z (kolejnym?) nawrotem lidera Ścianki na potęgę przesterowanej gitary, co objawia się choćby we współpracy z Manescape, deklarowanym w wywiadach uwielbieniem dla Black Sabbath czy stopniowe porzucanie na koncertach materiału z wciąż niewydanego „Come November” na rzecz nowszych, mocniejszych utworów… W każdym bądź razie – niewiele się ostało z plastyczności dźwięku, jaki był jednym z charakterystycznych elementów grupy na wcześniejszych wydawnictwach. Emocje w stanie surowym – powiedziałbym, że w najczystszej postaci, gdyby nie dźwiękowy brud, jakim zostały pokryte. Kto wie, być może takie brzmienie nadałby Cieślak Lenny Valentino, gdyby dalej istnieli…

Ciężko tu mówić o konkretnych kompozycjach, chyba że chce się bawić w jakieś szczegółowe analizy, zupełnie nic nie mówiące osobom niezapoznanym z materiałem („w drugiej minucie wchodzi świetne unisono, po czym następuje fajna koda!”). To typ albumu, na którym piosenki płyną „ciurkiem” i których spójność służy przede wszystkim budowaniu jednorodnego klimatu, w który może wtopić się słuchacz. W tym wypadku – klimatu depresyjnego, w najbardziej lightowych momentach melancholijnego. Od wnikliwszej analizy odciąga także to, że najważniejszy element tej układanki – czyli ekspresja wokalisty Zagana – zasadniczo się nie zmienił. Zarówno jeśli chodzi o krzykliwo-melodyjny wokal, ale i teksty – wciąż tak samo abstrakcyjne, sugestywne, ale i niestety kontrowersyjnie balansujące na granicy, za którą czeka Piotr „Herbata Wzniosła Krzyk” Rogucki. Inna sprawa, że w ani jednej sekundzie te dwa fundamenty – Zagan oraz podkłady muzyczne – z sobą się nie kłócą.

Nie ukrywam, że 80% materiału kwalifikuje album na mocną „siódemkę”. Bo niby wszystko się zgadza – brzmienie, wykonanie, rozmach kompozycyjny, fajne nawiązania (ok, przypuszczam że tylko ja słyszę w tej zagrywce gitarowej z połowy „Dubrovnika” Toolowy „Schism”). Problem tkwi w tym, co powinno być najważniejsze w tak bazującej na emocjach muzyce – te piosenki nie porywają. Ale w pewnym momencie popłoch w mej głowie sieje „Tornado”, poprawiają  dwuczęściowym utworem tytułowym (w chórkach wszędobylska Natalia Fiedorczuk) i rzutem na taśmę płyta kwalifikuje się na taką ocenę jak poniższa.

(A, taka dygresja na koniec – przyznam, że początkowo chciałem obniżyć ocenę po tym, jak się okazało [Kamil W., ponownie dzięki za czujność!], że gitara w utworze tytułowym brzmi identycznie jak ta w „Krukach w Koronach” z omawianego tu dwa lata temu „II (beta)” projektu Śnieg. Biorąc pod uwagę, że „Karmelki” nagrywano w lutym 2011 roku, miesiąc po premierze „II”, obstawiałem już mega niefajną akcję. I co się tymczasem okazało? Że ukrywający się pod aliasem Hrabia Von Schlieffke, jednoosobowy twórca projektu Śnieg, to nie kto inny jak Tomasz Śliwa, gitarzysta Kombajnu. Patrz, jaki ten świat mały.)

 

najlepszy moment: KARMELKI I GRUZ

ocena: 7,5/10

Leave a Reply