rageman.pl
Muzyka

Pearl Jam – Riot Act

rok wydania: 2002

wydawca: Epic

 

tak, wiem ze teraz, biorac pod uwage chronologie, powinna byc recka Yield i Binaural’a. ale nie bedzie. bo nie bede ukrywal ze te plyty tak srednio lubie. moze napisze o nich kiedy bardziej mi przypadna do gustu.

bedzie zas o „Riot Act”, na ktorym wszyscy zgodnie wieszaja psy jako najgorszej plycie Pearl Jam. co wyniki sprzedazy osiagniete przez „RA” ( pol miliona w USA przy szesciu milionach VS moze rzeczywiscie slabo wygladac) maja rzekomo potwierdzac. bzduuuuuuraaaaaa!!!!

okej, niby to te same rejony stylistyczne, ktore panowie penetruja od „Vitalogy”/”No Code”. ale robia to z energia, jakiej dawno nie mieli. ta energia zreszta ma nawet imie i nazwisko – Matt Cameron. wlasciwie Pearl Jam zawsze mial dobrych perkusistow i nie mozna nic zarzucic ani Ironsowi ani Abbruzzese’owi. ale Matt Cameron (ex-Soundgarden) IS THE MAN! posluchajcie np co koles wyczynia w „Save You” – Masakra. legenda glosi, ze przy nagrywaniu kawalka chlopakowi w pewnym momencie spadly sluchawki. i co? gral dalej, patrzac tylko na paluchy Amenta!! ktos bardiej siedzacy w klimacie wie, ze taki wyczyn to Sztuka, dostepna nielicznym. zwlaszcza ze nie mowimy o szantach, a robiacym z uszu jesien sredniowiecza 4minutowym punkrockowym strzale. zadna tam sila razenia wiatrowki, a shotgun z najwyzszych levelow „Dooma”.

zreszta na tym jednym numerze nie koncza sie zaslugi Camerona. naprawde koles w kazdym numerze pracuje na miano bohatera plyty. a zeby bylo malo, to dodatkowo jego zasluga (muzyka i tekst) jest absolutnie najlepszy tutaj „You Are”. dawno PJ nie mial tak genialnego kawalka na plycie. kapitalna, hardrockowa ciut gitara (znow Cameron!), polamano-marszowy rytm i natchniony wokal Veddera. no i przekaz calosci… „Love is the tower and you’re the key”. krotka pilka – jak dla mnie absolutne TOP 5  w dyskografii Pearl Jam. okej, kojarzy sie i za to tez dodatkowy malyplusik. ale ten numer naprawde jest Piekny…

skoro juz jestesmy przy tzw „balladach”. przyznam ze jak pierwszy raz zobaczylem w telewizji „I Am Mine” (Pearl Jam pogodzil sie z teledyskami!) to zwatpilem. okej, nigdy nie stronili od experymentow, ale to juz jest przesada… co to kurwa za szanty, morskie opowiesci? potrzebowalem troche czasu by pogodzic sie z mysla, ze do swych licznych inspiracji inkorporowali tez folk rock. jeszcze wiecej czasu potrzeba bylo mi, by polubic takie numery jak „I Am Mine” czy „Love Boat Captain” czy „All or none” (i wokal w „1/2 full”, ni to szanty, ni to bluesrock).

ciagnac dalej watek nietypowych elementow czy tez experymentow – przeuroczy jest akustyczny „Thumbing my way”, ktory ma w progresji akordow cos z… „Love will tear us apart” Joy Division. „Ghost” momentami ma cos z najstarszych hardrockerow zespolu i gdyby nie produkcja, to moze daloby sie go wcisnac nawet na „Ten”. dla odmiany „Arc” brzmi jak ekhm piesn liturgiczna. zwazywszy ze to rzecz dedykowana ofiarom tragedii w Roskilde ’00 (9 osob zabitych podczas setu PJ)… a, i jest jeszcze gadany, niepokojacy „Bushleager”, dedykowany wiadomemu prezydentowi.

dodac do tego jeszcze bardziej znaczaca niz dotychczas obecnosc klawiszy (Boom Gaspar oficjalnie w skladzie), kapitalna produkcje, dzieki ktorej ma sie wrazenie obecnosci w sali prob razem z zespolem i wychodzi bezsprzecznie najlepsza plyta od czasu „No Code” i w dyskografii PJ 21 wieku.

 

najlepszy moment: YOU ARE

ocena: 7,5/10

Leave a Reply