rageman.pl
Muzyka

Pearl Jam – Ten

xorraxyjiopxqmavtnharok wydania: 1991

wydawca: Epic

 

biedaczyska… caly tydzien musieliscie czekac i meczyc sie na dodatek z dimmu burgerem w tle. no ale coz, grypa nie wybiera, a musze przyznac ze porzadnie mnie zmoglo.ale plus jest taki ze w miedzyczasie podladowalem „pisarskie baterie” i teraz naprawde Was zasypie reckami. wiec bojcie sie. a Mazepka sie cieszy, bo postanowilem napisac spooooro o Pearl Jam. zaczynamy? zaczynamy.

ale jeszcze pewien wtret bo musze odnotowac. grunge malo ma wspolnego z hiphopem i rapcore’m, ale RIP dla Bolca sie nalezy. zasmucilo info o smierci, tym bardziej ze mozliwy samoboj… Bolec, a przeciez jeszcze z Dynamindem spiewales ze Chcemy Zyc, a solowo zapewniales, ze „chodzi o to aby bylo milo”…. co sie stalo?

okej, wracamy do meritum. 18 lat to juz bedzie, jak „Dziesiona” ujrzala swiatlo dzienne. pelnoletnosc, znaczy sie. i chociaz daleki jestem do ferowania na lewo i prawo sloganem ze „grunge is dead”, bo zazwyczaj to haslo pada z ust tych ktorzy z uporem maniaka wciskaja The Costamsy jako swieze i nowe granie (choc rzeczywiscie slyszac takich kopistow jak Creed czy Seether mozna zwatpic), to rzeczywiscie trudno nie zauwazyc, ze Alice In Chains czy Soundgarden brzmia dzis dosyc archaicznie. nie inaczej jest niestety z „Ten”. wielkimi krokami zbliza sie jednak reedycja tej plyty z calkowicie nowym, „wlasciwym” (wg slow veddera i spolki) mixem. wreszcie. bo te piosenki sa ponadczasowe i zasluguja na ponadczasowe brzmienie.

chociaz… gdy z tego glebokiego jak dekolt Dolly Parton poglosu wylaniaja sie pierwsze dzwieki „Once”, ma to swoj urok.  swoja droga, intro (jak i outro) tej plyty, z tym przepysznym bassem, to dla mnie dzwieki wywolujace rownie silne sentymentalne skojarzenia co intro „Pi i Sigma” czy kazdy jeden numer z „Akademii Pana Kleksa”. nie do zapomnienia.

nie wiem czy jest sens wyglupiania sie z opisami tych jedenastu piosenek. przeciez KAZDY, zwlaszcza w Polsce, gdzie Pearl Jam zawsze mial lepsze wziecie niz np Nirvana (pomijamy oczywiscie kult Cobaina jako tragicznego bohatera wczesnych licealistek), zna te numery. wymienie te po prostu MOJE, indywidualne momenty:

1. trylogia „Mamason”. czyli wspomniany juz „Once” z kapitalnie „nieokrzesanym” refrenem (chyba moj faworyt z tych „szybszych” songow), nieobecny tutaj „Footsteps” no i „Alive”. zwlaszcza solowka McCreadyego, jednego z bardziej niedocenianych gitarzystow swiata.

2. „Black”. jako gowniarz mialem awersje do tej piesni. ckliwa ballada dla nastek zakochanych w tym-grandzowym-poecie, Eddiem Vedderze. na szczescie z latami przekora z dupy mija (przynajmniej niektorym) i dostrzega sie rzeczy zwyczajnie piekne. a „Black” jest zwyczajnie pieknym numerem. „tu ru ru ru ru ru ru” z finalu nie bierze jencow. podobnie jak „I know someday you’ll have a baeutiful life, I hope you’ll be a star… but in sobedy else’s sky… why can’t it be mine?”. jesli kogos to nie rusza to znaczy ze jest pozerem, ktorego rodzice w dziecinstwie nie kochali. przeciez KAZDY z czyms takim musial sie identyfikowac w licealnym czasie. albo i pozniej. np po ukonczeniu studiow.

3. „Jeremy”. w pewnym momencie swej kariery perldzemowcy zrezygnowali z krecenia klipow, gdyz nie chcieli, by za 10 lat ich piosenki kojarzono wylacznie z obrazkami. nie zdarzyli jednak wpasc na ten intrygujacy pomysl dostatecznie wczesnie. no i wlasnie po tych juz prawie dwudzestu latach „Jeremy” nie istnieje dla mnie bez tego teledysku, gdzie krol Jeremy biega w te i wewte, a panicz Eddie robi grozne miny. dosyc pozno swoja droga zobaczylem ten klip. Lech Kalita wpadl kiedys do domostwa kozlowskich z Vhs’em z tym dzielkiem. nic juz pozniej nie bylo takie same, a ja ledwo co moglem sie pozniej skupic na egzaminie do liceum.

4. „Garden”. a uwielbienie dla tego numeru zawdzieczam siostrze. jak zreszta zdecydowana wiekszosc elementow mej egzystencji. coz, tak jakos mamy, ze moznaby nas posadzic w dwoch osobnych pomieszczeniach i sprezentowac zestaw piosenek. w 99 przypadkach na 100 ocenilibysmy je podobnie. „Garden” to emocjonalnce grande finale „Ten”. i jednoczesnie chyba jej czarny kon, bo malo kto dostrzega jego wielkosc. a przeciez wlasnie w tym numerze, jak byc moze w zadnym z „Ten”, mozna dostrzec prawdziwa potege Pearl Jam. bo nie ma co ukrywac – przewija sie przez caly ten album hardrockowosc, ktorej nie do konca kupuje. okej, hardrock nie musi od razu kojarzyc sie z fajansiarstwem Aerosmith. wielkosc „Ten” powstala na styku inspiracji hardrockiem, bluesem, punkiem i rockiem alternatywnym.alew „Garden” najpelniej obrazuje te wrazliwosc artystyczna, do ktorej Aerosmith czy Kiss nie maja dostepu.

i chociaz wyzej stawiam album o ktorym bedzie mowa jutro, to historyczne znaczenie trgo cedeka jest nie do przecenienia. a poza tym co sie bedde oszukiwac – chociaz te piosenki za ograne bardziej niz weselne hity, to wciaz robia, po tylu latach. tylko ten wstretny poglos…

to be continued…

 

najlepszy moment: ONCE

ocena: 9/10

Leave a Reply