rageman.pl
Muzyka

Pearl Jam – No Code

rok wydania: 1996

wydawca: Epic

 

byc moze w ’96 byli tacy, dla ktorych grunge byl „still alive”. ale nie nalezeli do nich Pearl Jam. oni juz podazali w zupelnie innym kierunku.

na ta sciezke wlezli juz zreszta wczesniej, bo na „Vitalogy”, a moze nawet na „Vs”. bo tylko pozornie ta plyta brzmi diametralnie inaczej. ale przeciez sporo numerow stad, czy bedzie to czadowy „Hail, hail” czy utrzymany w srednim tempie „Red Mosquito”, mogloby sie znalezc na ktorejs z plyt o tytule zaczynajacym sie na literke „V”. roznica polega na wydzwieku calosci. chociaz rzekomo czlonkowie PJ klocili sie z soba bez opamietania, to plyta brzmi optymistycznie. przez co jesli „Vitalogy” stawialismy na polce obok wydawnictw Nirvany, tak „No Code” mogloby sie przytulic do ktorejs z plyt REM. no dobra, zadnego „Shinny Happy People” tu nie znajdziemy. ale cos z klimatu „Man On The Moon” – czemuzby nie.

to co przede wszystkim jednak podoba mi sie na tej plycie, to ta experymentalna jej strona. wszechogarniajacy luz. nie ma juz wrazenia, jakby vedder i koledzy robili wszystko, byleby tylko nie stworzyc „przeboju”. przeciez „Hail Hail” czy „Smile” to jak najbardziej wpadajace w ucho numery. tyle ze nie w sposob, w jaki robily to „Jeremy” czy „Rearviewmirror”. a jednak od poczatku do konca sa to Piosenki. wreszcie to co irytowalo na „Vitalogy”, tutaj zachwyca. experymenty zamiast wytracac sluchacza z rownowagi intryguja, bo wpleciono je w kompozycje.

nie wiem w jakiej mierze to zasluga nowego bebniarza. fakt jest taki, ze to dzieki Jackowi Ironsowi (ex-RHCP) mamy tutaj dwa najkapitalniejsze momenty. „indyjski” „Who You Are” z sitarowo brzmiaca gitara, dzieki czemu calosc moznaby okreslic „alternatywno-rockowa odpowiedzia na „WIthin You Without You””. a zaraz po tym nastepuje „In My Tree” z kapitalna, plemienna perkusja i przestrzennym spiewem veddera w refrenie.

niespodzianek ciag dalszy: wspomniany „Smile” z harmonijka ustna mogl juz do cna zrazic tych, ktorzy liczyli na nowe „Even Flow”. juz bardziej by sie nadawal „Mankind” gdyby nie to, ze spiewa go wyjatkowo Gossard a nie Vedder, przez co calosc brzmi jak Foo Fighters. a moze jakas balladka typu „Black”, coby poprzytulac sie bylo przy czym z dupencja? hmmmm spojrzmy… „Off he goes” brzmi jakby byl wyjety z soundtracku do „Prostej Historii”.   kominek, bujane fotele, akustyczna gitara. fajnie, co nie? jak dla mnie wrecz genialnie, najlepiej na tej plycie. dalej: „I’m Open”z amientowym jakims tlem i GADAJACYM Vedderem. geneza powstania 'Around The Bend” bylo zas, jak opisuje to Vedder, „napisanie piosenk-kolysanki” dla nowonarodzonego dzieciaczka Ironsa. wiec znow nie ma co sie spodziewac nawet czegos w stylu „Oceans”.

da sie slyszec opinie, ze PJ na „No Code” gra tak, jakby od „Ten” minelo nie 5, a 50 lat. ja tam wole jednak sadzic, ze po prostu panowie Gossard i spolka troszke szybciej niz inni  dojrzewaja (choc przeciez kiedy trzeba pokazuja ze wciaz w nich mnostwo pary – vide „Lukin” czy „Hail Hail”). ale zdecydowanie wole takie podejscie niz zespoly, ktore wciaz udaja nastolatkow byleby nie stracic publiki. po plytach takich jak „No Code” poznasz prawdziwy zespol, a nie maszynke przynoszaca dochod wytworni.

 

najlepszy moment: OFF HE GOES

ocena: 8/10

Leave a Reply