Panika – Dziewczyna I Diabeł
wydawca: MJM Wielka Płyta
jedziemy dalej po polsku. o debiutanckim krazku Paniki pisalismy niecaly rok temu. dzis pomowimy o kolejnym i chyba ostatnim juz jej krazku. no chyba ze widniejaca pod adresem www.panika.pl strona agencji marketingowej to sciema na podkrecenie zainteresowania zespolem. hm.
no niewazne. wikipedia twierdzi, ze wydana w ’07 „Dziewczyna i Diabel” to diametralnie rozna plyta od debiutu. bzdura. na dobra sprawe fundamentalne zmiany w skladzie (po nagraniu pierwszej plyty z kapela pozegnali sie wspolkompozytor wiekszosci nagran Jarek Chec i perkusista Karol Skrzynski – choc ten pierwszy wspomaga goscinnie zespol w paru numerach z „DiD”) i przejecie sterow niemal na wylacznosc przez Michala Wasilewskiego niespecjalnie wplynely na kierunek obrany przez zespol.
no dobra, jest pozytywniej. „Trylobit, Einstein, Pchla” byl tak przesiakniety nie-za-dobrymi emocjami, tak zdolowany, ze perspektywa ewentualnego przesluchania go po raz kolejny jawi sie conajmniej niezachecajaco (tym bardziej ze jakosciowo, nie ma co ukrywac, zadne „Closer” czy „Pornography” to nie bylo). otwierajacy calosc „Aj, aj, aj” (tak, naprawde nazwali tak kawalek) brzmi nie tylko energicznie, co wrecz parkietowo. i to calkiem mila odmiana, choc zdecydowanie lepiej wypadaja zwrotki niz lekko czerstwy refren (ale przeciez ludzie generalnie lubia czerstwe refreny, wiec niepowodzenie „aj, aj aj” jako singla moze dziwic). i to nie jest odosobniony przypadek – powiedzmy ze sily miedzy pozytywnymi kawalkami a tymi w starym, neurotycznym stylu rozkladaja sie 50/50.
tyle ze nie zmienilo sie to co pozwolilo Panice znow zgarnac skrajne recenzje, od zachwytu po obrzydzenie. i co znow kaze mi miec do Paniki stosunek skrajnie ambiwalentny.
zacznijmy tak – to na pewno jest lepsza plyta od debiutu. lepiej to brzmi, latwiej wpada w ucho. aranzacyjnie tez zdarza sie czesciej intrygowac niz na debiucie. no ale wlasnie – wasilewski znow nie ujarzmil swojego adhd jako aranzar. do malo ktorej plyty pasuje okreslenie „groch z kapusta”. czego tu nie ma: The Beatles („Bonifacy”), Prince, Sigur Ros („Maggie Run”), Radiohead, Muse, britpop, ejtisy, muzyka sredniowieczna, wodewil… tyle ze w przeciwienstwie do omawianego wczoraj „Go, Dare”, w kontekscie namecheckingu niestety trzeba tu mowic o mocnych zapozyczeniach a nie szlachetnych inspiracjach. oczywiscie punkt widzenia zalezy od punktu siedzenia – niektorzy te fragmenty potraktuja jako puszczanie oczka do sluchacza itp. ale trudno byloby komukolwiek zaprzeczyc, ze lepiej gdyby prawnicy Radiohead nie dotarli do „Twierdzenia Fermata” i nie porownywali go z „Paranoid Android”. i przelamanie utworu cyrkowa wstawka niczego nie zmienia. a wrecz pogarsza sytuacje, bo jest to kolejny fragment typu „WTF?”, przeradzajace sie niestety nie w „o kurcze, zajebiste!”, a w „ja jebie…”.
i tutaj moglibysmy jeszcze dolozyc kolejne refleksje z notki o debiucie Paniki, kolejne dissy na groteske muzyczna i liryczna („Musialas byc piekna gdy w grudniu padal snieg”), nieustajace balansowanie na granicy kiczu (z nierzadkim jej przekraczaniem), gdyby nie jeden numer. rodzynek w tym… no, moze nie zakalcu, ale srednio smacznym ciescie. „Islandia”. zwyczajna (jak na Panike ofkors) aranzacja, tekst tez jakis taki wreszcie normalny, wokal oddajacy tyle emocji ile trzeba, bez pseudopodnioslego pojekiwania czy nietrafionych falsetow. a w tej oazie zwyczajnosci przesliczna melodia, jednoczesnie pelna uczucia i zdystansowana, chlodna niczym tytulowa „Islandia”. pojawilo sie swiatlo, pojawila sie nadzieja.
bo ta stylistyka typu „britpop goes progressive rock” i w rezultacie skrajny odbior u sluchaczy moglo uczynic z Paniki polski Muse,a jednak nic z tego nie wypalilo. biorac pod uwage sama muzyke – cale szczescie. uwzgledniajac statut zespolu – troche szkoda. bo mimo wszystko uwazam Wasilewskiego za zdolnego kompozytora, co slychac tez na „Dziewczynie…”. moze wystarczyloby dwa razy pomyslec nad kazdym pomyslem aranzacyjnym albo powierzyc te dzialke komus innemu?
najlepszy moment: ISLANDIA
ocena: 6,99/10
