Nathalie And The Loners – Go, Dare
wydawca: Ampersand
mmmmmmmmmoze czas na drobne wypelnienie misji spolecznej i wpis o polskiej muzyce?
Natalia Fiedorczuk to jedna z najbardziej rozchwytywanych polskich wokalistek ostatnimi czasy. calkiem bogate cv – orchid, pl.otki, dixies, happy pills, a dolozmy jeszcze ficzuringi np u strachow na lachy. i niby nazwa nathalie and the loners sugeruje, iz jest to jeden z jej kolejnych bandow, ale nie dajcie sie zwiesc pozorom. to krazek jak najbardziej solowy.
no, przynajmniej w wymiarze ekhm metafizycznym. bo jest to zdecydowanie najbardziej osobiste wydawnictwo w jej katalogu i najlepiej obrazujace jej artystyczne credo.
jak wiec ono sie jawi? z jakichs dziwnych powodow glos natalii glos najbardziej kojarzy mi sie z taka mniej agresywna sinead o connor. i na pewno dobry to trop, jestesmy w kregu zenskich songwriterek co to wiedza na czym stoja i sa w pelni swiadome swej kobiecosci. mhm. winamp wlasnie mi wyskoczyl z „Dancing”. ooooo, Tori Amos. pianino na wierzchu, domieszka musicalu, wokal balansujacy miedzy slodko-delikatnym a agresywno-delikatnym. ale to wciaz nie to, chocby z racji tego, ze pianino wcale nie dominuje na tej plycie. i moznaby sypac jeszcze innymi nazwiskami: pj harbey, fiona apple, moze i nawet regina spektor, ale po co? wclae nie rozmijajacym sie z prawda bedzie stwierdzenie, ze natalia udanie uprawia wlasne poletko songwriterskie i niech ten namechecking posluzy tylko jako zacheta dla nieobeznanych, a nie kwestionowanie oryginalnosci propozycji Natalii. o!
chociaz nie, wrocmy jeszcze do tej PiDzejki. bo pewne podobienstwo okolomuzyczne tu jest wyrazne. wprawdzie john parish nie jest glownym tworca sukcesow autorki „Is This Desire?”, ale na pewno ich kolaboracje dokladaly solidna cegielke do artystycznego pomnika PJ. takim Parishem w przypadku Natalii jest Piotr Maciejewski. Muchy oczywiscie, ale zdecydowanie bardziej powinna pasc tu nazwa Drivealone. bo to tu wlasnie Maciejewski objawil sie jako jeden z najciekawszych kreatorow brzmienia na polskiej scenie muzycznej. oczywiscie w przypadku podbijajacych stadiony Much taki sound nie ma racji bytu, pozostaja wiec takie plyty jak „Go, Dare”. na ktorej to Maciejewski ma decydujacy wplyw na wytworzenie niesamowicie wrecz intymnego, momentami wrecz dusznego klimatu. cos a’la Reznor wyprany z rockizmu. niby przyciasny pokoj, ale troche za duzo tu rozmaitych brzmien, by graty je wytwarzajace dalo sie pomiescic w tym pokoju. no naprawde, nic tylko wyslach czlowieka na zachod by tam produkowal plyty naszych ulubionych piosenkopisarzy.
i tylko szkoda, ze nie zawsze to cudne brzmienie idzie w parze z rownie bajecznymi kompozycjami. ale zeby bylo jasne – gdyby szlo, mowilibysmy o plycie niemal dziewiatkowej. a tak jest „tylko” bardzo dobrze. choc fakt faktem, najbardzien intryguja te kawalki, przy ktorych Maciejewski najbardziej poszalal, vide „Mouth’s Craddle” czy „V.O.D.”. choc dosc zastanawiajace jest to, jak obie kompozycje w pewnym momencie rozpadaja sie na dwie polowki. tak jakby dwojka naszych bohaterow nie za bardzo miala pomysl, jak polaczyc melodie szyta przez Natalie z instumentalna sciolka wygenerowana przez Maciejewskiego. o tym, ze te melodie da sie nalozyc na bardziej wyraziste rytmicznie podklady przekonuje „Sunday”.
i w sumie miloby bylo, gdyby w tym kierunku poszle kolejne wydawnictwa pod tym szyldem. jeszcze milej by bylo, gdyby takowe sie w ogole ukazaly. a na razie repeatuje „Go, Dare”, ktory naprawde zyskuje z kazdym odsluchem. a taka Muzyke lubie najbardziej.
najlepszy moment: MOUTH’S CRADDLE
ocena:7,5/10
