Page & Plant – Walking Into Clarksdale
wydawca: Mercury
Sukces artystyczny i komercyjny projektu „Unledded” był dla panów Planta i Page’a wyraźnym sygnałem, że może być z tej powtórnej kolaboracji jeszcze jakiś chleb. Pytanie jednak brzmiało: w jaki sposób go upiec? Myśleli panowie, kombinowali jak sprzedać po raz wtóry ten sam towar („uderzyć w jazz czy klabing? a może zaprosić orkiestrę symfoniczną? a co z raperami?”), aż wpadli na nietuzinkowy pomysł, by może by tak po prostu… nagrać premierowy materiał?
Jak pomyśleli, tak zrobili. I to w dość ekspresowym tempie – cały album zarejestrowano w niecały miesiąc. Oczywiście w większości przypadków to stanowi głównie suchy fakt, jednak nie jeśli chodzi o tych panów. Każdy stosunkowo wtajemniczony w historię Led Zep wie, że ich muzyka była efektem długich dłubanin, której najjaśniejsze punkty wynikały nie tyle z geniuszu Page-aranżera, co jego eksperymentów w studiu nagraniowym. Oczywiście długość rejestrowania „WIC” może nie mieć żadnego związku z jej jakością, jednak fakt jest następujący – należy wymazać z pamięci Led Zeppelinowy kontekst, jeśli chce się mieć jakąkolwiek przyjemność z obcowania z tym albumem. Jak na płytę z pierwszymi premierowymi kawałkami spółki autorskiej Page/Plant od czasu „In Through The Out Door” (czyli prawie 20 lat) to wypada ona dość średnio. Może ciut lepiej niż tamto wydawnictwo, ale jednak podkreśliłbym słowo „ciut”.
Na pierwszy rzut ucha jednak wszystko się zgadza. Wbrew temu o czym była mowa na początku poprzedniego akapitu brzmienie płyty jest dość wypaśne. Bliższe – ok, jednak znów porównam – późniejszemu Zeppelinowi, powiedzmy że z okolic „Presence”. Są orkiestrowe brzmienia w „Upon A Golden Horse”, perkusyjny, zmechanizowany loop w „House Of Love” (na marginesie – wszystkie kawałki są podpisane nie tylko nazwiskami panów na P., ale i basisty Charlie Jones’a oraz nieżyjącego już perkusisty Michaela Lee), jest przede wszystkim echo egzotycznych poszukiwań (co ciekawe – właściwie odosobnione) sprzed kilku lat w chyba najlepszym, singlowym „Most High”, okraszonym silną syntezatorowo-orientalną robotą człowieka z Transglobal Underground (chyba jednak dość przesadzone są opinie o „Kashmir 2”, chyba żeby przyjąć założenie, że sequele siłą rzeczy są dużo słabsze). Jednym słowem – audiofile będą mieli na czym ucho zawiesić.
Szkoda więc, że zabrakło czasu na napisanie piosenek… Niby coś w tych kompozycjach się dzieje, niby mają swój charakter: a to „Shining In The Light” trąci dość mocno Trzecim Albumem Wiadomej Kapeli. „Blue Train” chyba najbliżej ma do bluesa, który praktycznie jest nieobecny na tej płycie. „Burning Up” najbardziej dorzuca do pieca, szczególnie za sprawą solówki Page’a, de facto właściwie jedynej na płycie. Ale żaden z nich nie miał potencjału na zawojowanie odtwarzaczy na dłużej, nie mówiąc już o listach przebojów (o zapisaniu się w historii rocka nawet nie wspominam). Świetna muzyka na 60 minut odsłuchu i błyskawicznego zapomnienia po wybrzmieniu ostatniej nuty. Tak, to nienajlepsza rekomendacja. Ale po takich nazwiskach należy spodziewać się wiecej. A już na pewno tego, że nie wrzucą na płytę takich tragicznych wypełniaczy jak „Sons Of Freedom”, który po obiecujących, energetycznych pierwszych taktach zostaje kompletnie położony przez interpretację Planta. Aha, jeszcze jedno – jeśli kogoś zaintrygowałoby nazwisko Steve Albiniego w opisie płyty, to może przestać się łudzić. Obecność czysto symboliczna właściwie, zupełnie niesłyszalna – nawet jeśli wexmiemy pod uwagę, że to Page był faktycznym producentem płyty, zrzucając na producenta Pixies odpowiedzialność za włączanie przycisku nagrywania.
Niby nic złego by się nie zostało, gdyby nagrywali razem dalej. W końcu oficjalnie szargania świętości szyldu Led Zeppelin nie było. Jednak chyba dobrze się stało, że rozeszli się w swoje strony – „WIC”, choć jest summa sumarum jak najbardziej słuchalny, jest jednocześnie dobrym świadectwem na to, że spółka autorska Page/Plant najlepsze lata ma za sobą.
najlepszy moment: MOST HIGH
ocena: 7/10
