Page & Plant – No Quarter: Jimmy Page And Robert Plant Unledded
wydawca: Fontana
Nie abym był fanem Whitney Houston, ale fakty pozostają faktami: przepotężny, unikalny Głos, kilka świetnych kompozycji, inspiracja dla rzeszy wokalistek, również tych bliższych memu sercu. Żal zatem.
No ale jednak dzisiaj chciałem Wam opowiedzieć o płycie, która znacznie bardziej zasłużyła sobie na repeatowanie w moim odtwarzaczu aniżeli jakikolwiek album zmarłej Divy. Do Led Zeppelin zawsze miło wrócić, jednak tym razem podejdziemy do tematu od innej strony.
A było to tak – na początku lat 90tych, u szczytu popularności serii MTV Unplugged, włodarze tej niegdyś-muzycznej stacji zaprosili do rejestracji kolejnego akustycznego koncertu byłego wokalistę Led Zeppelin. Chociaż Plant najlepiej radził sobie z całej żyjącej trójki po zakończeniu lotu Zeppelina (będąc szczerym – właściwie to jako jedyny coś tam solowo osiągnął), to wiadomym dla obu stron było, że nie za solowy repertuar zasłużył sobie na to zaproszenie. Skoro miałby więc oprzeć setlistę występu o repertuar swojej najsłynniejszej kapeli, to nikt mu nie odegra tych klasycznych riffów lepiej niż ich autor. By jednak zdusić już w zarodku spekulacje na temat powrotu Led Zeppelin, duet wokalno-gitarowy postanowił nie zapraszać do projektu basisty John Paul Jonesa (przez co na jakiś czas relacje między panami się ochłodziły).
Więcej niż oczywistym było to, że panowie o takim statusie nie ograniczą się do zwykłego odegrania kawałków na akustycznych gitarach. Musiało być na bogato – w wielu tego słowach znaczeniu. Znamienne, że efekt finalny w postaci CD (audiowizualna wersja koncertu też jest dostępna w sklepach) nie tylko nie ma w tytule słowa „Unplugged”, ale w ogóle jest jakichkolwiek powiązań z programem MTV pozbawiony (choć koncert koniec końców zrealizowano pod egidą tej stacji i na niej miał swoją premierę, dostarczając rekordowej w jej historii frekwencji). Elektrycznej mocy w gitarach tu co niemiara, więc nie ma tu jakiejkolwiek mowy o „unplugged”. Ale też nie jest to zwykły koncert. Wyszło coś znacznie większego.
Ale czy zaskakującego? Plant już solowo sporo kombinował z muzyką świata, orientalizmami. Chyba więc kwestią czasu było, kiedy w ten sam sposób potraktuje również swój klasyczny repertuar. Zwłaszcza że w sporej części został on wręcz stworzony do takich aranżacji. Vide „Kasmir” – zamykający płytę, ale jednocześnie stanowiący niejako punkt wyjścia dla tego, co dzieje się w pozostałej części materiału. Już oryginał z „Psychical Graffiti” posiłkował się egzotyczną melodyką, inspirowaną Indiami czy Bliskim Wschodem. Nowa wersja, zarejestrowana w Maroku z tamtejszymi oraz muzykami z Egiptu, wydłużona do 12 minut i okraszona solówkami w wykonaniu zaproszonych gości, to właściwie dopełnienie formalności, jakie były przeznaczone temu kawałowi od 20 lat. Bezkonkurencyjna interpretacja, zarówno jeśli chodzi o inne wykonania tego utworu, jak i zawartość całej płyty.
Bo muszę przyznać, że początek jest dość dezorientujący. „Nobody’s fault but mine”, „Thank You” i przede wszystkim „No Quarter” pozbawiono większości elementów, za które pokochaliśmy te tracki. Ok, do odważnych coverówców świat należy. Szkoda jednak, że niewiele w zamian zaproponowano. Może kogoś te wersje przekonują, ja mam nieodparte wrażenie, że ktoś tu bardzo chciał przykozaczyć z eksperymentami, tylko nie wiedział za bardzo jak. Później już jest jednak znacznie lepiej, jak choćby we „Friends” (ciekawe, że zdecydowanie dominuje reprezentacja „Trójki”, choć można to zrozumieć – już pierwotnie dość akustyczny materiał chyba pozwala na więcej niż radykalne rockerki pokroju „Communication Breakdown”) czy cudnym „Battle Of Evermore”, gdzie partię Sandy Denny wykonuje niejaka Najma Akhtar, w porywającym, silnie azjatyckim stylu. Ten ostatni jest, jeśli chodzi o podrasowanie egzotycznymi dźwiękami, dość optymalny. Są też i kawałki tpu „Since I’ve Been Loving You”, w którym zmiany są właściwie kosmetyczne.
Choć mam sporo z Mamonia jeśli chodzi o faworyzowanie melodii znanych mi już wcześniej, tak w przypadku „NQ” zdecydowanie wyróżniają się jednak premierowe kawałki. A wśród tej czwórki faworytem mianuję „Yallah”. Czyli kolejny dowód na to, że muzyczną petardę można skonstruować w równie prosty sposób co wynalazki MacGyvera. Wystarczy kroczący, industrialny niemal rytm, prosty, acz momentalnie zapadający w pamięć zaśpiew w refrenie, no i RIFF, do których Mr Page ma (wciąż, jak się okazuje) łapę jak mało kto na tej planecie.
Mimo wszystko nie jest to całościowo jakoś specjalnie porywający album. Ale za tę parę wybitnych momentów, ideę całości i jej historyczne znaczenie (przypuszczam, że większość amerykanów oglądających ten koncert nawet nie wiedziała o istnieniu takiego kraju jak Maroko, a co dopiero o tym, że powstaje w nim jakaś muzyka) można podnieść ciut ocenę.
najlepszy moment: KASHMIR
ocena: 8/10
