Roxy Music – Avalon
rok wydania: 1982 (reedycja: 1999)
wydawca: Virgin
Z okazji Walentynek sięgnijmy do czasów, kiedy w Muzyce rządzili prawdziwi romantycy, a miłość wyznawana w piosenkach nie musiała się od razu sprowadzać do ruchania i tym podobnych fizycznych uciech. Lata osiemdziesiąte, moi mili.
Jak wiemy, Polska to kraj o specyficznych gustach. Velvet Undeground jest znany tylko nielicznym hipsterom, Deep Purple wyprzedaje rok w rok koncerty, a znajomość historii punk rocka zaczyna się i kończy na Sex Pistols. U nas nie słucha się Muzyki, słucha się Rocka. A jak ktoś nie słucha Rocka, to znaczy że się nie zna na dobrej muzyce i pewnie słucha „radiowej papki”. W tak zbipolaryzowanym świecie nigdy nie było miejsca dla wykonawców pokroju Davida Bowiego, Paula Simona, Beach Boys czy Steely Dan. Zbyt lajtowych dla fanów „rockowego mięsa”, zbyt wymagających dla słuchaczy Radia Zet.
Spokojnie do tej grupy można dorzucić Roxy Music. Ci to już w ogóle mają przesrane – w przypadku wcześniej wymienionych artystów przeciętny polski słuchacz przynajmniej jeden numer rozpozna – „You Can Call Me Al”, „Let’s Dance” czy „Kokomo”. A w przypadku Roxy Music? No, może być ciężko. Choć jeśli już na siłę coś wskazać, to może być to tytułowy track z dzisiaj omawianej, ostatniej płyty w katalogu grupy.
Track dość reprezentatywny dla brzmienia całej płyty, jak i rzutujący na dzisiejszy odbiór dorobku Roxy Music. Bo dziś, jeśli już wspomina się tą kapelę, to na myśl prędzej przychodzą elegancji i pop-perfekcjonistyczny sznyt tak w muzyce, jak i outficie muzyków (ok, ten drugi aspekt był obecny u nich od zawsze), aniżeli zapędy eksperymentalne, jakie miewali na początku działalności, kiedy terminował u nich jeszcze Brian Eno. Dziś prędzej usadowi się Roxy Music w szufladce adult rockowej aniżeli progrockowej. No spoko. Tyle że Bryan Ferry to nie jest jakiś pieprzony Chris De Burgh i czekam, aż w końcu ktoś w tym jebanym kraju zacznie to dostrzegać. Frustracjaaaaaaaa.
Choć w sumie nie wiem, po co się piekle. Nie jestem chyba jednak w stanie zargumentować wyższości Roxy Music nad Budką Suflera. Bo co, że ambitniejsze kompozycje, bardziej wyszukane aranżacje? Przecież każdy, kto ma uszy to usłyszy. Dostrzeże, jak kapitalnie skonstruowane są takie numery jak „The Space Between”, „The Main Thing” czy wspomniany numer tytułowy. Dostrzeże, że w miniaturkach „Tara” czy „India” jest zawarte więcej piękna niż na całych płytach jakiegoś Toto. No i też uzna „More Than This” za jedną z najładniejszych piosenek, jakie napisano w latach 80tych.
Audiofilskie wymuskanie tej płyty, tak charakterystyczne dla płyt lat 80tych (niby Roxy Music to był wciąż zespół, ale i tak znacznie tu skorzystali z pomocy rozchwytywanych w tamtej epoce muzycznej sidemanów) może nie tylko być blokadą, co wręcz elementem odrzucającym. Bardzo Was jednak proszę – dajcie tej płycie szansę. Nie chcę wciąż robić w towarzystwie za dziada, który podbiera płyty starym. Niech nas będzie więcej.
najlepszy moment: MORE THAN THIS
ocena: 8,5/10